Miłość od pierwszego wejrzenia

Nie ma większej miłości niż ta od pierwszego wejrzenia. Nie ma i już. Wydarza się ona wtedy, gdy jakiemuś człowiekowi po raz pierwszy z taką ostrością i bez zasłony udaje się w sercu drugiej osoby zobaczyć siebie. Wtedy to człowiek nie poznaje drugiego, ale go rozpoznaje, a jednocześnie w tym drugim, niczym w lustrze rozpoznaje siebie. To ty ? – pyta. I słyszy – Tak, to ja.

Nie mówię tu więc o miłości, jaka przydarza się młodzieńcom, gdy w mgnieniu oka zostają zauroczeni dziewczęcym wdziękiem. Piszę o innej miłości, tej, która nie rozpoczyna emocjonalnego życia, ale je kończy. Jest jego kresem i spełnieniem. Miłość od pierwszego wejrzenia jest bowiem na końcu, nie na początku drogi. Poprzedza ją długie życie wypełnione trudem poszukiwań, okresy błąkania się, zwątpień i co rusz ponawianej wiary.

Jeśli więc przyjmiemy, że czas jest miarą zmiany, to miłość, o której tu mowa, ta od pierwszego wejrzenia, kończy czas i sama nie podlega czasowi. Po niej jest już proste trwanie… Trwanie w niej, czyli w miłości. Bo kiedy się ją spotyka, to tak jakby odnaleźć dom, z którego już wyjść nie można, bo nie ma dokąd. I nawet jeśli, owszem, zdarzyć się może jakiejś dramatyczne opuszczenie domu, to tylko takie, które nie rozpoczyna nowego życia, lecz stanowi jego utratę, a także utratę samego siebie.

Nic dziwnego zatem, że na samym szczycie drabiny doskonałości, po której wspinamy się przez całe życie, umieszczono miłość od pierwszego wejrzenia, visio beatifica, spotkanie z Bogiem twarzą w twarz, wgląd w jego najskrytszą istotę. To uszczęśliwiające widzenie zatrzymać ma ruch naszych kroków, skończyć czas, doprowadzić do kresu wszelką drogę. Tam, na szczycie drabiny ludzkiej doskonałości, lumen gloriae, czyli światło chwały, rozświetli wreszcie wszelkie ciemności poznania i stanie się naszym ostatecznym domem.

Miłość od pierwszego wejrzenia rzuci światło na wszystko, co działo się dotąd. Zinterpretuje każdy życiowy przymus, wybór czy przypadek. Osądzi wartość tego, co było, przez piękno tego, co być mogło. Oświetli najmniejsze gesty, do których nie przywiązywaliśmy wagi. Wykadruje długą podróż naszego pragnienia. Zawstydzi nasze zwątpienie. Przywróci godność wszystkich odrzuconych poruszeń serca.

Ta właśnie miłość, a nie boska wszechwiedza, pokaże nam w nowym świetle całe dzieje świata. Poznamy wreszcie zagadkę powstania kosmosu, zobaczymy sekret wyłonienia się życia i tajemnicę wyodrębnienia się homo sapiens z rodziny hominidów. Nie przez nagły przypływ geniuszu, korygujący kształt równania Schrödingera, ale przez proste ujrzenie siebie w chwilach najdalszej prehistorii. Tak właśnie dostrzeżemy swój wyraźny obraz w godzinie zero, w momencie Wielkiego Wybuchu.

, , ,

Komentarze (26)
  • Śledzę księdza twórczość od kiedy kupiłem pierwszą jego książkę. Zawsze z jakąś taką radością czytałem księdza teksty, wpisy na blogach, artykuły, komentarze, oglądałem wykłady i wypowiedzi, pozwalały mi więcej zrozumieć. Ostatnio jednak coraz mniej się w tym odnajduje. W innym kierunku powędrował mój duch i mam subiektywne wrażenie że ksiądz odlatuje, wyżej i dalej… Oby się to nie skończyło jak w moim przypadku tragicznym upadkiem i połamaniem wszystkich kończyn i kręgosłupa. Później zostaje już tylko wieczny paraliż. Nic nie rani tak jak miłość… Pozdrawiam autora i życze wszystkiego dobrego.

    agent_bolek
    agent_bolek 2012.12.25 09:22
  • @ agent_bolek:

    Odwzajemniam się życzeniami. Dużo światła na drodze od Tego, który nam w wierze przewodzi.

    Cóż mogę powiedzieć? Chyba tyle tylko, że lęk przed upadkiem nie jest wystarczającym motywem, aby w ogóle nie próbować “latać”. Może będę kolejną ofiarą takich prób, zanim ludzie wynajdą “samolot”.
    A że w końcu wynajdą, wierzę głęboko.

    Krzysztof Paczos
    Krzysztof Paczos 2012.12.25 10:43
  • Porusza mnie ten tekst, ale bardzo trudno było mi się odnieść, czy skomentować. Dopiero dyskusja wyzwoliła we mnie kilka słów.
    To taki stan gapiostwa, gdy się czyta, lub obserwuje coś, co rzeczywiście z pozoru wygląda na szaleństwo, na rzecz niemożliwą.

    Przykładów jest mnóstwo, począwszy od jazdy na rowerze. W dzieciństwie za nic nie mogłem przemóc lęku, jak to możliwe, tak jeździć? Stałem z otwartym dziobem i gapiłem się, a za nic nie mogłem zrozumieć jak to inni robią, dopóki nie spróbowałem. Owszem, że inni jeżdżą to było oczywiste, ale gdy miałem sam to zrobić to nie było do wyobrażenia, a wystarczyło się puścić i spróbować. Niestety wystarczyło też obejrzeć się, czy ojciec trzyma kijek równowagi i zęby na betonie.

    Gdybym wtedy się nie odważył nie poznałbym wielkiej przyjemności, jaką jest poczuć wiatr we włosach zwłaszcza przy zjeździe z dużej górki. Podobnie jest w wielu sprawach w życiu, to wygląda podobnie. Z pozoru normalne wydaje się, gdy dotyczy innych, ale spróbować samemu ciężko. A co dopiero w sprawach duchowych, ale czy na pewno nie możliwe?
    Nigdy nie latałem, za sterami samolotu, ale wiem, że to jest wykonalne, może już za późno na naukę, a może nie. Trochę żałuje, że nigdy nie latałem za sterami samolotu, zazdroszczę lotnikom.

    Ale nie powiedziałbym nigdy, że nie wiem, co to jest prawdziwa miłość. Wiem i jakoś przeczuwam. To każdy wie, każdy pragnie, ale jest tyle w nas zranień, że czasem łatwiej się tłumaczyć, może oskarżyć tych co próbują. Byle się nie przyznać, że się po prostu boję spróbować.
    Bo to naprawdę jest cholernie trudne!

    Dariusz 2012.12.27 07:23
  • @ Dariusz:

    Najpierw pewien cytat (proroctwo?) z Teilharda de Chardin, który swego czasu bardzo mnie poruszył i został we mnie, już na zawsze chyba:

    Nie łudzę się, wiem, że w praktyce urzeczywistnienie tej próby byłoby tak trudne, iż dziewięciu ludzi na dziesięciu uznałoby wyłożone tu poglądy za szaleńcze lub naiwnie utopijne. Powiedzieliby: Czyż powszechne doświadczenie nie dowodzi niezbicie, że wszystkie miłości duchowe kończyły się w błocie? Człowiek jest stworzony do chodzenia po ziemi. Czy komu przyszło kiedy do głowy, żeby latać?. Odpowiedziałbym na to: Owszem, szaleńcy marzyli o tym. I właśnie dlatego człowiek opanował przestworza. To niewiara i brak odwagi paraliżują życie.
    Trudne jest nie rozwiązywanie problemów, lecz ich stawianie. Otóż uświadamiamy sobie dzisiaj, że ujarzmienie namiętności i spożytkowanie ich dla ducha wydaje się z punktu widzenia życia warunkiem postępu. A zatem wcześniej czy później, na przekór naszemu niedowiarstwu, świat uczyni ten krok. Wszystko bowiem, co prawdziwe, zostaje w końcu odkryte. Wszystko, co lepsze, zawsze w końcu przychodzi. Kiedyś – po eterze, wiatrach, przypływach morza i siłach ciążenia – ujarzmimy dla Boga energię miłości. Wówczas zaś, po raz drugi w historii świata, człowiek odkryje ogień.

    Krzysztof Paczos
    Krzysztof Paczos 2012.12.27 14:36
  • Niedawno mieliśmy tu dyskusje o miłości. Wówczas stanęło, że miłość oblubieńcza zdarza się między ludźmi rzadko. Pojawiło się więc pytanie: Czy warto wierzyć w istnienie takiej miłości, w takie wzajemne dopełnienie, jak to ujęte jest w antycznym micie o dwóch dopełniających się połówkach?
    Odpowiadałem wówczas, że to, co jest do wyjaśnienia, to nie fakt istnienia takiego miłosnego dopełnienia, bo ono – zgoda – zdarza się bardzo rzadko, ale fakt istnienia takiego pragnienia w nas. Bo to pragnienie nas w życiu prowadzi (na zasadzie bardziej lub mniej uświadomionej przyczyny celowej), a w dzisiejszej kulturze wydaje się być na wierzchu, jak nigdy dotąd.
    Otóż, pisząc powyższy tekst, chciałem powiedzieć, że to pragnienie jest celne, a miłość szalona (oblubieńcza, czyli ta od pierwszego wejrzenia, a dokładniej – od pierwszego takiego “zobaczenia”) mylnie umieszczona jest na początku miłosnej drogi (niemal jako przyczyna sprawcza, czyli początkowa, która zmienić ma wszystko w nas). Stąd nie widząc jej w naszym życiu, wątpimy w nią, ale i w siebie, życie itd.
    Nasze pragnienie takiej miłości nie jest ślepe i w moim przekonaniu ma ostatecznie charakter religijny, to znaczy odnosi się do naszej relacji z Bogiem samym. Potwierdzenie tego widzę w mistycznych tekstach Orygenesa, Bernarda z Clairvaux, Jana od Krzyża, Teresy z Avila, Jana Ruysbroecka i wielu innych.
    Co więcej, wydaje mi się, że dzisiejszy świat rzeczywiście staje się – jak pisał Bonhoeffer – dojrzały wobec Boga, to znaczy coraz bardziej gotowy do takiej partnerskiej, miłosnej relacji z Nim.
    Tymczasem nasz religijny problem jest taki, że postawa, jaką przyjmujemy wobec Boga, jest ciągle dziecięca (ale w takim sensie tego słowa, który wyakcentowuje nie to, co w nas ufne, ale to, co niedojrzałe, słabe, zależne itd.).
    Otóż, wydaje mi się, że tak to już my się z Bogiem nie spotkamy. Może na jakiś czas tylko, ale później, w miarę jak zaczniemy stawać się silniejsi i samodzielniejsi, łatwo w takie spotkanie zwątpimy.

    Krzysztof Paczos
    Krzysztof Paczos 2012.12.27 15:13
  • No, coś w tym jest. Technika i nauka pomogły rozprawić się z Bogiem – Dobrotliwym Opiekunem Biednych Ludzi i Wyjaśnieniem Trudniejszych Aspektów Przyrody. Z drugiej strony znudzeni wszystkim, ludzie mogą zainteresować się już jedynie prawdziwą, pełną miłością, tylko to się nikomu nie znudziło. Teraz będzie albo Bóg Miłości Całopalnej, albo ateizm. Ale ten ateizm to często tylko niewiara w Dobrotliwego Opiekuna Biednych Ludzi i Wyjaśnienie Trudniejszych Aspektów Przyrody.

    Swoją drogą, jak byłem młody i nawiedzony, to miałem takie marzenie – zostać papieżem specjalnie tylko po to, żeby ogłosić Teilharda Doktorem Kościoła. :D
    Pozdrawiam szanownych dyskutantów.

    marval
    marval 2012.12.27 21:47
  • Moim ulubionym zdaniem Teliharda jest to kiedy pisze – podobni jesteśmy żołnierzom ginącym podczas szturmu mającego przynieść zwycięstwo. Nie dla nas wieńce chwały, łupy i branki. Śmierć to nasze zwycięstwo.

    agent_bolek
    agent_bolek 2012.12.28 10:17
  • Krzysztof Paczos napisał(a):

    Tymczasem nasz religijny problem jest taki, że postawa, jaką przyjmujemy wobec Boga, jest ciągle dziecięca (ale w takim sensie tego słowa, który wyakcentowuje nie to, co w nas ufne, ale to, co niedojrzałe, słabe, zależne itd.).

    Otóż, wydaje mi się, że tak to już my się z Bogiem nie spotkamy. Może na jakiś czas tylko, ale później, w miarę jak zaczniemy stawać się silniejsi i samodzielniejsi, łatwo w takie spotkanie zwątpimy.

    Czyż właśnie nie z powodu takiej postawy i takiej motywacji, a nie z powodu prostej wdzięczności, ufności i miłości wykonujemy religijne obowiązki?
    Tak jak dzieci, które wiedzą, że jak wszystko grzecznie wykonają, to dostaną nagrodę. W takiej motywacji, ta odległość z Bogiem będzie zawsze coraz dalsza.

    Też często łapię się na tym, że nie potrafię się po prostu powierzyć i trwać, tylko używam magii znaków. To takie niedopowiedziane do końca, ale sprytne i subtelne oczekiwanie na skutek modlitwy. Oczekiwanie, że skoro byłem grzeczny, to Bóg pobłogosławi.

    Podobne zachowania widzę w relacjach miedzy ludźmi. Dużo w tym oczekiwania że skoro coś daję, to jednak oczekuję czegoś w zamian. Powiedział bym nawet że wymuszam.
    Podobnie w relacji z Bogiem, zamiast wydać się totalnie na Jego prowadzenie, subtelnie sugeruję, co w moim życiu powinno przyjść od Niego. Jakoś oczekuję, a nie odczytuję. Bez tego szaleństwa, pełnego puszczenia się w przepaść i to bez spadochronu.
    A tu nie dość, że chodzę po ziemi, to jednak mam spadochron i kłamię, że to tylko plecak.

    Dariusz 2012.12.29 10:38
  • Dariusz napisał(a):

    Tak jak dzieci, które wiedzą, że jak wszystko grzecznie wykonają, to dostaną nagrodę. W takiej motywacji, ta odległość z Bogiem będzie zawsze coraz dalsza.

    Obraz Boga często przypomina obraz rodziców. Wydaje mi się, że stosowanie kar i nagród wobec dziecka (poczynając od przemocy fizycznej do kar emocjonalnych) bardzo źle wpływa na poczucie wartości. Dziecko powinno otrzymywać wyrazy miłości rodziców, wspólnie spędzony, czas niezależnie od zachowania, od etykietek grzeczny, niegrzeczny. Po prostu dlatego, że jest. Stosowanie kar przypomina tresurę. Rodzice mówią, że to działa. Oczywiście krótkoterminowo działa, ale jakie ma skutki w przyszłości! Z własnego dzieciństwa nie przypominam sobie jakiegoś spójnego systemu nagród i kar (np nagrody za dobre stopnie czy kary za niedopełnienie obowiązków). Pewnie jakieś spontaniczne kary i nagrody się zdarzały, ale jestem w stanie przypomnieć sobie tylko jedną. Myślę, że to dobra metoda w kształtowanie poczucia własnej wartości i dobrego obrazu Boga. Tak staram się teraz postępować choć niedoskonale… :)

    maarta
    maarta 2012.12.29 13:38
  • Dla mnie obraz ziemskich rodziców jest przykładem na „nie”. Ziemski rodzic, jest zawsze przewidywalny, zły czy dobry jest jakoś przewidywalny po ludzku. Jeżeli próbuję taką samą miarę przyłożyć do Boga, to jakoś czuję, że udziecinniam go.
    Nie ciągnie mnie w tą stronę, wolałbym przestać Go pouczać, oczekiwać, a jednocześnie prawdziwie kochać.
    To mam na myśli mówiąc rzucić się w przepaść bez spadochronu. Taki przewidywalny jest niepociągający. Nie chciałbym już Go więcej uczłowieczać, naginać do swoich potrzeb i oczekiwań.
    Chciałbym wytrzymać i przyjąć wszystko, co mi daje. A może nie daje, może to się wszystko toczy inaczej. Do tego jeszcze wierzyć, że choć spotyka mnie cierpienie, nawet niezawinione, że On mnie kocha. A taki obraz wymaga zmian jedynie w moim życiu i ciągłej rewolucji, Bóg jest zawsze na właściwym miejscu, tylko ja ciągle nie wiem, jakim. Mnie się ciągle tylko wydaje, że wiem.

    Dariusz 2012.12.29 14:39
  • Dariusz napisał(a):

    Chciałbym wytrzymać i przyjąć wszystko, co mi daje. A może nie daje, może to się wszystko toczy inaczej. Do tego jeszcze wierzyć, że choć spotyka mnie cierpienie, nawet niezawinione, że On mnie kocha.

    Mnie trudno przyjąć na obecnym etapie taki punkt widzenia, może dopiero gdy będę miała jakieś trudne doświadczenia zobaczę rzeczy z tej strony. Nie wiem za bardzo co miałby oznaczać skok w przepaść. Chyba nie mam zbyt dużo zaufania do czegoś takiego. Może tak po swojemu to wszystko sobie ustawiam, według własnych wyobrażeń. Nie czuję, aby teraz Bóg tego ode mnie chciał. Czuję, że życie jest w moich rękach (częściowo, ponieważ zdarzają się oczywiście nieprzewidywane wypadki). Nie wydaje mi się, że Bóg jakoś szczególnie ingeruje, daje mi jakieś konkrety (złe i dobre). Jest obecnością, z której wynikają dobre natchnienia, pragnienia. Gdy powracam po jakimś czasie gdy byłam daleko nie mam poczucia winy (Bóg gniewa się itp.), tylko trochę mi smutno, ponieważ coś straciłam. Im więcej czasu z Bogiem tym chyba więcej dobrych natchnień, choć wykonanie oczywiście kuleje.

    maarta
    maarta 2012.12.29 15:31
  • @ maarta:
    Nie chodziło mi o skok samobójcy, straceńca. To jednak irracjonalny skok ale z wiarą,
    Szaleństwo i nie prowokacja
    Żadnej też pewności….

    Dariusz 2012.12.29 15:45
  • Piękny tekst na Boże Narodzenie.

    *****

    Co do skoków – wydaje mi się, że trzeba skoku w przepaść, o jakim pisze Darek, by przeżyć życie w zgodzie z własnym sercem, czekając na miłość, której pragnienie jest w nim zapisane. Nie ubrać swego zwątpienia w racjonalne szatki “kto to taką miłość widział?”, “trzeba brać, co jest”. Nie przykroić miłości do “ewangelii o związkach”, głoszonej przez współczesnych proroków coachingu. Zgodzić się na dużo samotnych lat, bolesnych, niegorzkich, nieskrzywdzonych. Na czekanie bez zabezpieczenia.
    Blisko mi ogromnie do ludzi, którzy nie mogą tak nie czekać :).

    aneta.maria
    aneta.maria 2012.12.30 16:24
  • @ Krzysztof Paczos:

    Piszesz:

    “Nie mówię tu więc o miłości, jaka przydarza się młodzieńcom, gdy w mgnieniu oka zostają zauroczeni dziewczęcym wdziękiem. Piszę o innej miłości, tej, która nie rozpoczyna emocjonalnego życia, ale je kończy. Jest jego kresem i spełnieniem. Miłość od pierwszego wejrzenia jest bowiem na końcu, nie na początku drogi. Poprzedza ją długie życie wypełnione trudem poszukiwań, okresy błąkania się, zwątpień i co rusz ponawianej wiary.”

    Powiesz może, że to moje stare skrzywienie, ale jakoś stanęły mi w pamięci końcowe słowa Hymnu o Miłości: o tym, że kiedy byłem jak dziecko – czułem, mówiłem, myślałem jak ono, ale jak stanę się mężem, wyzbędę się tego, co dziecęce i że poznam, zobaczę, twarzą w twarz.

    I że kiedyś – pewnie cały czas jeszcze – poznaję po części, ale że kiedyś poznam, jak zostałem poznany.

    W takich chwilach z jakąś łagodnością patrzę na tę czterdziesto kilku letnią historię. Nie tak, że była niezbędna, konieczna, żebym był tu gdzie jestem – może mogło (pewnie mogło) być inaczej, lżej, ale dziś przecież jest to już jakoś bez znaczenia.
    Bez znaczenia i nie.
    Znaczenie ma, jeśli dobrze to czuję, tylko w zakresie odpowiedzi na pytanie: czy doświadczenia i historia zabiły we mnie pragnienie takiego spotkania i “Miłości od pierwszego wejrzenia” czy oczyściły to miejsce?

    Piszesz:

    “To niewiara i brak odwagi paraliżuje życie. Trudne nie jest rozwiązywanie problemów, lecz ich stawianie.”

    To niesamowite ujęcie – bez znaczenia przecież dziś jest jak bardzo jestem poobijany, pokaleczony czy jak wspaniale mi jest – znaczenie ma tylko czy pragnę, wierzę, mam nadzieję na takie spotkanie? Na stawianie sobie pytań, choćbym nie znał dziś na nie odpowiedzi.

    Piszesz:

    “Nasze pragnienie takiej miłości nie jest ślepe”
    Tak, sam wiele razy czułem, że takie pragnienie jest, delikatnie mówiąc, nie na miejscu i “Trzeba brać, co jest” (jak pisze Aneta), a jednak prędzej czy później okazywało się, że to pragnienie wraca, przebija się na wierzch życia i trudno tylko pozwolić mu, żeby zamieszkało na tej powierzchni na stałe. Mnie cały czas trudno.
    Nie zmienia to jednak faktu, że pragnienie jest. Niezaspokojone, pewnie nie do końca świadome i dające się ująć w jakieś wyrażalne ramy, ale jest.

    Nie widzę Go, nie czuję, że Jest, prawie już nie umiem “modlić się”, nie umiem (boję się, nie mam siły) tak skoczyć – jak pisze Darek, ale pragnę tak miłośnie Go spotkać.

    PawelM
    PawelM 2013.01.01 23:04
  • Spierałem się już kiedyś o to z Anetą, ale próbuję pomyśleć, że może po prostu przynajmniej część problemu w tym się kryje, że ja i Wy podkładamy inne treści pod te same sformułowania. Mam zatem okazję, by Ciebie zapytać, o to, co mi chodzi po głowie.

    Rzecz w tym, że ja mam problem z przynoszącą w ostatecznym rozrachunku cierpienie a zarazem kompulsywną dążnością do zapośredniczania wartościującego poznania siebie przez ocenę w oczach innych. Akurat u mnie jest ten narcyzm (bo to o niego w gruncie rzeczy chodzi) silnie zmodyfikowany do tej postaci, w której ucieka się od innych, żeby ich ewentualne potępienie lub rozczarowanie nie pozbawiło mnie egzystencjalnego oparcia i żebym ostatecznie nie runął w otchłań samopotępienia.

    Ale nawet taka postać zapętlenia jest tylko wariantem bardziej fundamentalnego problemu, jakim jest mechanizm szukania siebie w innych. Dla narcyza idealnym bliźnim jest ten bliźni, który odbija mu taki obraz jego samego, jaki narcyz mógłby pokochać (tak się łudzi). I narcyz może spędzać życie na marzeniach, że wreszcie spotka kogoś takiego. Albo, w bardziej ponurych chwilach, że ucieknie od ludzi, którzy mu odbijają to, czego nienawidzi. Albo na przemian jedno i drugie. On to może nazywać poszukiwaniem miłości, ale to, czego pragnie nie jest miłością, bo nie widzi się ostatecznie ani siebie ani bliźniego, a jedynie “swoje odbicie w nim”.

    Musisz przyznać, że przynajmniej w warstwie słownej jest to wystarczająco podobne do języka Twojego wpisu, żeby warto było poprosić o uwypuklenie różnicy między tęsknotą narcyza, a czekaniem na rzeczywistą miłość.

    Wydaje mi się, że to jest moment, w którym podążanie za miłością i podążanie za “pragnieniem miłości” najłatwiej mogą okazać różnymi dążnościami. Szyny się rozjeżdżają.

    To tak jak z poganami, Żydami i Mesjaszem. Czekanie na Mesjasza i pójście za Mesjaszem okazały się realnie rzecz biorąc tak inne, że ukrzyżowali go Ci, którzy na niego czekali, a przyjęli ci, których zaskoczył.

  • @ PawelM:

    Szczerze mówiąc, nie wiem za bardzo, co mógłbym Ci powiedzieć. Chyba wolałbym nic nie mówić. Tylko Cie pozdrowię.

    Krzysztof Paczos
    Krzysztof Paczos 2013.01.02 20:26
  • @ Paweł Żarkowski:

    Najpierw napiszę, że mam przekonanie, że Ty to wszystko wiesz. I nie jest to z mojej strony jakaś grzecznościowa formuła, ale jakieś doświadczenie Ciebie. Nie na tym polega problem, że nie wiesz, ale że nie wierzysz, czy nie dość wierzysz (ta wiara nie jest przez Ciebie uznana za coś najważniejszego). Nie piszę tu o tym braku wiary jako o wadzie, to zwykły opis.

    Narcyz jest kimś, kto szuka obrazu siebie w drugim, to znaczy tego, jak chciałby być postrzegany. Chce potwierdzenia tego, jak sam siebie widzi. Narcyz przeważnie jest świadomy tego, co szuka, i jak chce być odbierany i traktowany. Narcyz nie kocha (kocha jedynie obraz siebie, jaki ma), ale chce być kochany. Albo inaczej – narcyz kocha (w sensie – potrzebuje) kogoś za to, że jest przez tego kogoś kochany taki, jak sam siebie widzi.
    W miłości (tej, o której piszę) to widzenie siebie w drugim jest zaskoczeniem. Pokochuje się na ogół kogoś, o którym wcześniej by się nawet nie pomyślało, że może być TYM właśnie. Podobnie zaskoczeniem jest to widzenie siebie w drugim, człowiek sam się nie poznaje, bardzo często jest inny niż był dotąd. Taka miłość jest ogromnie dekonstrukcyjna. Aby ją utrzymać, trzeba zmienić w sobie bardzo wiele i zostawić niemal wszystko.
    Wydaje mi się, że implicite pytasz o coś jeszcze. Jaka jest gwarancja, że cała ta miłość (opisana przeze mnie) nie jest jakimś psychologicznym mechanizmem? Co daje nam pewność, że istnieje jakaś metafizyka (ontologia) miłości? Że takie szukanie siebie w drugim (człowieku, Bogu) ma jakąś realną perspektywę?
    Napiszę, że ja nie mam tu żadnej pewności. Widzę, że wierzę w coś takiego i że nie mogę nie wierzyć, bo mi serce umiera i zaczyna się wegetacja. Dzisiaj, po latach, ten rodzaj wiary zlał mi się jakoś z wiarą w Boga. Dziś jest to u mnie zarazem wiara w Boga, wiara w siebie i wiara w drugiego człowieka. Wszystko się dziwnie uprościło i jest jednym.

    Krzysztof Paczos
    Krzysztof Paczos 2013.01.02 20:48
  • @ Krzysztof Paczos:
    Nie ma – i pewnie nie może (dopóki orientujemy się jako chrześcijanie) – między nami sporu, rozpoznaję się z Tobą na najgłębszym (?) poziomie: Miłość jest Najważniejsza – zarówno w odniesieniu do B., jak drugiego człowieka. Pytanie tylko jak ją wyrazić – zarazem jak wyrazić to wspólne rozpoznanie i zgodę. Oto bowiem miałem napisać tak: rozpoznaję się z Tobą i podzielam Twoje doświadczenie (zresztą coś o mnie wiesz i ja o Tobie), ale inaczej je wyrażam – tylko, czy jeśli inaczej wyrażam swoje doświadczenie, to jest to to samo?

    Twoje teksty często mają charakter przypowieści, analogii, metafory, niekiedy paradoksu – czy można inaczej, skoro sam Jezus nauczał o Królestwie parabolami? Mit arystofanejski, wizja miłości Oblubieńczej z Biblii, wizje mistyczne (między wszystkimi tymi opisami są pewne różnice) – ale także porównanie relacji z B. do procesu dorastania i dojrzewania – to pewne metafory, których sam czasem używam, ale do opisu swojego doświadczenia szukam innych lub sytuuję się względem nich inaczej.

    Myślę, że wobec głębi Miłości te różnice w wyrażaniu jej (niedoskonałego pewnie) doświadczenia są ok. Można je, oczywiście, dyskutować – ale w wolny sposób, bez żadnych usiłowań przekonywania kogoś. I możemy to robić – chociaż teraz chyba nie mam ani sił ani miejsca przede wszystkim, by punkt po punkcie wyjaśnić, dlaczego unikam mitu arystofanejskiego, unikam koncepcji Oblubieńczej względem B., zamiast visio beatifica używam starogreckiego pojęcia theorii, z całym bagażem znaczeń, a koncept TdC, że “ujarzmimy dla Boga energię miłości” uważam wręcz za złowrogi. Najkrócej mogę powiedzieć, że szukam inspiracji przede wszystkim u samego Jezusa – jak to jest opisane w Nowym Testamencie – który, moim zdaniem, trochę inaczej pokazuje Miłość i trochę inaczej odkrywa relację między człowiekiem i B., niż jest to odsłonięte w micie arystofanejskim czy u wspomnianych mistyków; inaczej też określa siebie w porównaniu do obrazu dorastania.

    Różnice, dyskusje – tym mocniejsze niekiedy, im bliżej rozmówcom do siebie (trochę tak, jakby ludzie idący obok siebie nieustannie się trochę przepychali, by nie wchodzić sobie w drogę, która prowadzi w jednym kierunku – ale to też tylko obraz) – są ok, dopóki metafor, analogii, przypowieści nie próbuje się narzucić innym i nie traktuje się jako pełnego opisu rzeczywistości.

    Swoją drogą, dla mnie – gdy obserwuję świat – najbardziej wiarygodnym świadectwem Miłości jest postawa ludzi wobec innych, nie B. i nie Oblubienicy/Oblubieńca :)

    Pozdrawiam w Święto Epifanii, święto wszystkich, poszukujących B. na ścieżkach myślenia (próbujących Go kochać także i na serio całym swoim umysłem) :)

    bohjan
    bohjan 2013.01.06 14:32
  • maarta napisał(a):

    Jest obecnością, z której wynikają dobre natchnienia, pragnienia.

    Bliskie mi to – jakoś zwróciło moją uwagę, w całym kontekście :) Pozdrawiam w nowym roku :)

    bohjan
    bohjan 2013.01.06 14:36
  • @ bohjan:
    Piszesz:

    …szukam inspiracji przede wszystkim u samego Jezusa – jak to jest opisane w Nowym Testamencie – który, moim zdaniem, trochę inaczej pokazuje Miłość i trochę inaczej odkrywa relację między człowiekiem i B.

    A ja na to, że już pierwsi chrześcijanie wiedzieli, że jest coś więcej, coś, czego nie da się na razie ująć w słowa, ani zobaczyć. Czuli, że droga Jezusowa jest drogą wzrastania ku czemuś, bo dziecko nie jest dzieckiem na zawsze. Pisali np.:

    …teraz jesteśmy dziećmi Bożymi, a jeszcze się nie okazało, czym będziemy.

    I ja Cię pozdrawiam z Nowym Rokiem. Dużo światła Ci życzę, Gwiazdy takiej.

    Krzysztof Paczos
    Krzysztof Paczos 2013.01.06 14:50
  • Chciałbym Pana przeprosić za raz niefajny mój wpis odnośnie Pana przy dyskusji o Jezusie historycznym w debacie zainicjowanej przez Darka Kota w lipcu.

    PiotrekZ 2013.01.12 12:46
  • @ PiotrekZ:

    OK. Szczerze mówiąc, nie przypominam już sobie, co to było.
    Doceniam jednak Pana gest.

    Krzysztof Paczos
    Krzysztof Paczos 2013.01.12 15:00
  • Witam, wysłuchałem na YouTube Pana wykład “Wyjście z religii.” 15 grudnia 2012, w którym mówi Pan, że nie wie co dalej. Otóż dalej jest już tylko jedna religia: Religia Prawdy, która opiera się tylko na jednym dogmacie: JEDYNĄ I ABSOLUTNĄ PRAWDĄ JEST BEZINTERESOWNA MIŁOŚĆ. Nie ma innej prawdy. Wierzę, że z woli Boga zdefiniowałem Prawdę Absolutną, a jeśli Boga nie ma to uczynił to mój umysł, ale skąd się wziął jeśli nie został stworzony przez Boga tego nie wiem… Wierzę, że Bóg stworzył i ewolucyjnie doskonali umysł ludzkości.
    Piszę tutaj mój komentarz z nadzieją, że zostanie przeczytany, nie wiem jak znaleźć Pana email.
    Pozdrawiam Duch Prawdy

    DuchPrawdy 2013.04.04 17:09
  • Krzysztof Paczos napisał(a):

    ja nie mam tu żadnej pewności. Widzę, że wierzę w coś takiego i że nie mogę nie wierzyć, bo mi serce umiera i zaczyna się wegetacja. Dzisiaj, po latach, ten rodzaj wiary zlał mi się jakoś z wiarą w Boga. Dziś jest to u mnie zarazem wiara w Boga, wiara w siebie i wiara w drugiego człowieka. Wszystko się dziwnie uprościło i jest jednym.

    Chyba mnie też się upraszcza. Nie na zasadzie pozytywnej, tzn. nie w tym sensie, że znajduję z dystansu jakieś argumenty na poparcie akurat takiego podejścia. Raczej dlatego, że każda inna wiara coraz bardziej wydaje mi się zwyczajnie śmiercionośna.

    Zresztą może to za dużo powiedziane. Ja sam tracę zdolność obrony przed smutkiem w innej wierze niż takiej.

  • @ Paweł Żarkowski:
    A to niespodzianka, Pawle. Już tu niemal wcale nie zaglądam.
    Co do wiary w Boga, to coraz bardziej zdecydowanie akcentowałbym dziś sam akt wierzenia, a coraz mniej przedmiot tego aktu. Kto to miałby być “Bóg”? Co my w ogóle nazywamy “Bogiem”. Co my o Nim mówimy? Czyż to wszystko to nie są jakieś przypowieści?
    Zastanawiam się czasem, czy Jezus (hist.) rzeczywiście wyjaśniał je swoim uczniom, czy czynił to raczej już ten Chrystus zmartwychwstały. Szczerze mówiąc, mnie te wyjaśnienia mało chwytają za serce.

    Krzysztof Paczos
    Krzysztof Paczos 2016.03.26 00:07
  • Krzysztof Paczos napisał(a):

    Co do wiary w Boga, to coraz bardziej zdecydowanie akcentowałbym dziś sam akt wierzenia, a coraz mniej przedmiot tego aktu

    A ja dla opisu mojego przeżywania tej wiary użyłbym innych słów. Tzn. mnie coraz bardziej interesuje właśnie przedmiot tego aktu, tyle, że dotychczasowe próby jego opisania, również te najczcigodniejsze i doktrynalnie zatwierdzone nie chwytają tego, co mnie kiedykolwiek głęboko poruszyło.

    W trochę odległej analogii: kiedy byłem w Italii i stałem w rzymskich bazylikach to odczuwałem autentyczny podziw dla ich piękna, tego nieprawdopodobnego smaku włoskich mistrzów, którzy potrafią nawet w baroku (najbardziej nielubianej przeze mnie epoce) zachować cudowne wyczucie proporcji, zestawić kolory i faktury, wśród zgiełku rozmaitych festonów i kartuszy poprowadzić wdzięczne linie głównych brył.

    W najlepszym swoim wydaniu teologia jest dla mnie czymś takim.

    Ale kiedy byłem w Asyżu a jeszcze bardziej w katakumbach, to moje myśli wędrowały do tych, którzy kiedyś stali w nich w ciemnościach, przy świetle lamp oliwnych, być może trzymając się w mroku za ręce, z odzyskaną nadzieję na życie. W co naprawdę wierzyli? Jak wierzyli? Nie wiem.
    Co naprawdę miał na myśli Franciszek, kiedy wołał na polach Umbrii, że miłość nie jest kochana? Nie wiem.

    Kiedy byłem w takich miejscach nie odczuwałem podziwu, ale tęsknotę. Chciałem, żeby mi się zrobiło to samo, co tamtym. Nawet nie chciałem ich naśladować, ani odtwarzać treści ich doświadczenia. Wyobrażam sobie, że coś ich wytrąciło z “normalnego” życia i chcę, żeby coś wytrąciło mnie. To chyba nie musi być dokładnie to samo coś. Chcę tylko odzyskać (lub uzyskać) wolność przyjmowania i dawania miłości, gdy przychodzi. I wolność w ogóle.

    Nie umiem tego zrobić sam sobie. Skupienie się na tym pragnieniu jakoś mi nie wystarcza, by się ono zrealizowało. Może zresztą to moja wina i wszystko co mi potrzebne leży już przede mną, tylko za bardzo się boję, żeby to wziąć w ręce. Może pod określeniem “przedmiotu” kryje się tylko pragnienie, żeby coś zrobiło to za mnie.

Add Comment Register



Napisz komentarz