Innsbruck

Zaczęły się ferie dżdżyste i mokre, paskudne. Najsmętniejsza zima w Polsce w ostatnich latach. Atrofia śniegu, jak powiedziała pretensjonalnie głupia pani pogodynka w telewizji. Żeby nie zawilgotnieć i nie nabawić się kataru, pojechaliśmy z Matyldą na narty do Austrii. To znaczy, ja pojechałem na narty, a Matylda na deskę snowboardową, bo ona jest koneserką deski, nawet naszej Justyny Kowalczyk nie lubi. I nie wie, kto to jest Józef Łuszczek. Filozofię ma prostą: po co sobie przyczepiać dwa przedmioty do nóg, skoro można tylko jeden?

Nigdy nie odpowiedziałem na to pytanie Matyldy, bo dobrze czułem, że to jest prowokacja, która by się skończyła rozstaniem. Zaangażowałbym się w temat i rychło by się okazało, że nie chodzi o deskę, tylko o matkę, i że tak naprawdę Matylda wcale nie chce wyjeżdżać na zimowe wakacje, tylko chce ślubu. Takie rzeczy się zawsze okazują, gdy mężczyzna sili się na analizy kobiecych powiedzeń. Związek z Matyldą nauczył mnie niuchania drugiego dna i wietrzenia podstępu. Dlatego milczałem. Milczałem całą drogę do Austrii. Spałem. Mogłem, bo prowadziła Matylda. Lekko i z gracją, ale i z nerwem jednak. Jak to ona.

W końcu, nad ranem, spomiędzy gór wyłonił się Innsbruck. Matylda krzyknęła, że już dojeżdżamy, podniosłem się z tylnej kanapy, przyłożyłem twarz do szyby i spojrzałem. Było biało wokoło, śniegu napadało mnóstwo, słońce pięknie odbijało się od tej nieskazitelnej połaci. W oddali było widać skocznię Bergisel, królowała nad miastem, wyglądała jak gotycka wieża, dumna i strzelista, sięgająca do samego nieba. Trwały chyba jakieś zawody, bo po zeskoku zjeżdżał narciarz w różowym kombinezonie, wyglądał pociesznie. Matylda też go zobaczyła i zawołała z entuzjazmem:
- Patrz, patrz, skaczą! Ooooo! To chyba Turniej Czterech Skoczni! Pójdźmy tam! – rzuciłaby mi się na szyję najpewniej, gdyby nie to, że prowadziła auto. – Chcę zobaczyć to wszystko! – poderwała gwałtownie naszego golfa i zaczęła się kierować w stronę skoczni. Ja tymczasem znowu opadłem na kanapę i nakryłem się kurtką po same uszy. Zmarzłem paskudnie, mimo że ogrzewanie w samochodzie pracowało bez zarzutu. Był początek lutego, równo miesiąc po zawodach Turnieju Czterech Skoczni, którego Matylda nigdy zresztą nie oglądała i w zasadach którego w ogóle się nie orientowała. W dodatku przecież nie lubiła narciarstwa pod żadną postacią. Nie wiedziałem zatem, skąd taka euforia teraz, po co my właściwie pod tę skocznię jedziemy. Nie próbowałem jednak niczego Matyldzie wyjaśniać. Przysnąłem na chwilę.

Wgramoliliśmy się pod tę skocznię po dłuższym czasie, bo Matylda uparła się, że weźmiemy ze sobą cały sprzęt fotograficzny, żeby uwiecznić panoramę miasta tuż po wschodzie słońca. Niosłem od parkingu dwa aparaty, statyw, w dodatku wielki termos z herbatą, a Matylda opowiadała, jak w dzieciństwie ojciec zabierał ją na sanki. Wzruszyłem się, bardziej chyba na żarty niż na serio. Postaliśmy na wzgórzu przez chwilę, popatrzyliśmy na jakichś juniorów, którzy trenowali pod okiem Andreasa Goldbergera, znakomitego niegdyś skoczka, o którym Matylda nie wiedziała niczego. A potem, w drodze powrotnej, Matylda poślizgnęła się, stoczyła się po ścieżce i złamała sobie nogę.

I zamiast jeździć na desce, jeździła na wózku inwalidzkim. Pchałem ten wózek przez całe miasto, od zabytku do zabytku, od muzeum do muzeum. Tyle dobrego, że Austriacy wszędzie budują podjazdy albo windy, miałem lżej, nie musiałem siłować się ze schodami. Ale musiałem się siłować z Matyldą. Matylda siedziała na tym wózku jak jakiś hegemon w lektyce, trochę nawet przypominała w tej swojej wielkiej, sterczącej czapce Piusa XII. Rozglądała się uważnie i ciągle wydawała dyspozycje. Żądała czekoladek, żądała wwożenia jej na najwyższe kondygnacje sklepów z damską konfekcją, chciała także, by ją oprowadzać po kościołach. Mówiła:
- Ty się tak świetnie znasz na architekturze! Opowiedz mi coś o baroku! – uśmiechała się wtedy do mnie szeroko i wyciągała ręce ku górze, pokazując w ten sposób, że mam się nachylić do przytulenia.

Nachylałem się więc do przytulenia, Matylda głaskała mnie po głowie, a ja sobie myślałem, że w nosie mam barok, że z całego serca pragnę, by szlag trafił te wszystkie kolumny, stiuki, złocenia, pyzate aniołki i ornamenty. Chciałem, by się ziemia rozstąpiła i wchłonęła to chore jezuickie miasto. Po wyjściu z jednego z kościołów, w którym Matylda spytała mnie, czy nie wybralibyśmy się do kina na trójwymiarową wersję „Pocahontas”, pałałem już silną nienawiścią do wszystkich i wszystkiego: do jezuitów, Indian, psów, dzieci, sportu, ojca Matyldy i poezji. Coś we mnie pękło, coś się rozszczelniło. Otworzyło się jakieś wieko, jakby puszki Pandory, i wylały się wszystkie nieszczęścia i straszliwa gorycz. Szczególnie źle mi było na myśl o jezuitach, nie cierpiałem ich wszystkich aż po samego Loyolę! W pewnym momencie kopnąłem w kosz na śmieci z okrzykiem: „Societas Jesus, aaaaaaaaaaa!”. Matylda popatrzyła na mnie tkliwie i znowu wyciągnęła ręce ku górze. Wtedy miarka się przebrała. Wiedziałem, że cały z tego nie wyjdę.

Pchałem wózek przed siebie i nie znajdowałem w sobie żadnej wiary ani żadnej nadziei. A myśl o miłości to mi nawet do głowy nie przyszła. Zatrzymaliśmy się, akurat w pobliżu placu Karla Rahnera, przed witryną jakiejś księgarni. Matylda nakazała mi stanąć, bo zobaczyła albumy o psach. Byłem bliski torsji. Ostatniego obiadu nie pamiętałem, chyba był dwa dni wcześniej. Byłem na nogach od rana do wieczora i nieustannie zabawiałem Matyldę. Teraz wpatrywała się w te wszystkie kynologiczne wydawnictwa, a nagle wypatrzyła jakąś książkę teologiczną, która leżała na samym końcu wystawy, niemal zupełnie zasłonięta innymi. Tytuł książki – Matylda powiedziała go na głos już po polsku, bardzo wyraźnie, chwaląc się w ten sposób znajomością niemieckiego – brzmiał: „O nadziei powszechnego zbawienia”. Gapiliśmy się przez chwilę na ten tom, pomału zmierzchało. Innsbruck był lodowaty i ja byłem lodowaty. Ciężkie było to miasto i mnie było ciężko na sercu. Matylda zapytała:
- Myślisz, że piekło jest puste, kochanie? Wierzysz w powszechne zbawienie?

Przypomniałem sobie wtedy deszczową zimę w Polsce i skryte pragnienie Matyldy, by mnie zaciągnąć przed ołtarz. Przypomniałem sobie przyjazd tutaj, męczącą, dziesięciogodzinną podróż. Potem to wejście na skocznię, tak od razu. A można było przecież pójść do hotelu, rozpakować się. Byłem wtedy obładowany jak juczne zwierzę. Szedłem na to wzgórze z jęzorem sięgającym kolan. W głowie miałem teraz smutną minę Goldbergera, który trenował bardzo smutnych austriackich chłopców. A może oni nie byli smutni, może mnie się tak tylko wydawało w tej chwili? Może oni się jednak uśmiechali? A skądże! Nie uśmiechali się, płakali! A potem sobie przypomniałem jeszcze wypadek Matyldy i ten straszliwy kierat, który z tego wyniknął: pchanie wózka, łażenie pomiędzy kościołami a sklepami, rozmowy o jakichś pierdołach. I teraz jeszcze jakaś książka o zbawieniu. Stanąłem przed Matyldą, pochyliłem się nad nią i spojrzałem jej prosto w oczy:

- Jakie, do licha, powszechne zbawienie?! Rozejrzyj się?! Gdzie ty tu widzisz jakiekolwiek zbawienie? Ci chłopcy, o tam – pokazałem palcem w stronę Bergisel – skaczą jak oszalali, ja tutaj pcham ten ciężki wózek, w tych durnych kościołach niczego nie ma, tylko jakaś lukrowana sztuka! W dodatku historia „Pocahontas” jest guzik warta! I tak zarżnęli tych Indian, i tak! Nie gadaj mi zatem o zbawieniu! Proszę cię, miejże litość! Nie ma żadnego zbawienia. Nie ma! Nie ma i nie będzie! Jest tylko Innsbruck, są kościoły, jest ten cmentarz w pobliżu. Plac Karla Rahnera, którego całe życie robiono w balona. Są muzea. Są jezuici. Mnóstwo jezuitów. Są albumy o psach w księgarniach. Tylko to jest. I jeszcze ten zmierzch, który zapada.

Komentarze (9)
  • Innsbruck to bardzo smutne miasto, ale miało też swoje dobre chwile:

    http://www.youtube.com/watch?v=W4LDoShDLxk

    ;-)

    Jarosław Dudycz
    Jarosław Dudycz 2013.01.23 15:21
  • Dżizas….

    aneta.maria
    aneta.maria 2013.01.23 15:33
  • Znalazłem coś bardzo wyrazistego dla siebie, coś sobie wyciągnąłem. Już nie będę spekulował na temat powszechnego zbawienia, dosyć tej abstrakcji i spekulanctwa. Wreszcie rozejrzę się po prawdziwym świecie i zacznę żyć prawdziwym życiem.

    Nie, żartuję tylko. :P

    Natomiast! Te chwile gdy Małysz triumfował, a my przed TV- jakie to były prawdziwe emocje, nie? Ja przynajmniej naprawdę przeżywałem wtedy coś mocnego.
    A ta Matylda, mimo że to tylko krótkie opowiadanko, już mi się wydała bardzo wkurzająca. Mam nadzieję, że nie jest motywem autobiograficznym, bo by była trochę wtopa, że tak mówię. :)

    marval
    marval 2013.01.23 15:50
  • marval napisał(a):

    Te chwile gdy Małysz triumfował, a my przed TV- jakie to były prawdziwe emocje, nie? Ja przynajmniej naprawdę przeżywałem wtedy coś mocnego.

    Tak, ja też byłem zaangażowanym miłośnikiem skoków, oglądałem zawody co tydzień i nawet kupowałem czasopismo “Skoki”. :-D Do dziś pamiętam wielkie sukcesy Małysza, zwłaszcza tryumf na obydwu skoczeniach na mistrzostwach świata w Predazzo w 2003 roku. Wtedy najmocniej przejawiła się najważniejsza, myślę, cecha Małyszowego sukcesu: on przeskakiwał skocznie, nokautował rywali, był absolutnym dominatorem. Dziś w czołówce światowej jest ścisk, wszyscy skaczą podobnie, duża jest rotacja mistrzów. A Małysz powtarzał sukces, przez dekadę ciągle był – mimo drobnych kryzysów – na szczycie. Jego wygrane były ewidentne.

    Poza tym ja lubiłem zawsze Małysza jako człowieka. To po prostu taki zrównoważony chłopak wychowany według wzorca luterańskiego, skromny, cichy, pozbawiony obsesji i niezdrowych ambicji, robiący tylko to, co potrafi. On umiał oddawać te swoje słynne dwa równe skoki, więc się tym zajmował, nie pukał do salonów, nie udzielał w telewizji porad dotyczących karmienia dzieci. :-P. Nie stał się przaśnym bywalcem telewizji śniadaniowej. Nie uzurpował sobie roli autorytetu. Słynął z uprawiania sportu, więcej mieć nie chciał. Bardzo mi się podobało zawsze, że Małysz to prosty chłopak, który dostał od życia coś ładnego i tym chce się dzielić bez zbędnych kombinacji. Wartość tego, co nam dał, była przez ten brak maski ogromna.

    Co do Matyldy: to jest już któreś z kolei moje opowiadanie z tymi bohaterami, osadzone w ich świecie. Poprzednie części też znajdziesz w Didaskalosie. :-) Kanwą są treści autobiograficzne, to jasne, ale bez prostych przełożeń, nie przenoszę osobowości w skali 1:1; Matylda absolutnie nie jest konkretną dziewczyną z mojego życia, raczej łączy różne charaktery, jakie spotykałem. Zdecydowanie prościej będzie powiedzieć, kim Matylda nie jest, niż przedstawić, kto się na nią składa. :-) Jest irytująca, to prawda, ale ta irytacja, zwróć uwagę, nasila się nie przez nią samą, ale dlatego, że bohater nie umie być odpowiedzialny i dorosły. Powinien w końcu jakoś konkretnie odnieść się do tego widma ślubu. :-) Przeciąganie tego prowadzi do pajacowania i pogłębiającej się degrengolady, ostatecznie czyni bohatera całkowicie uzależnionym od kaprysów Matyldy. :-) I, co najgorsze, a co już widać w “Innsbrucku”, skazuje go na metafizyczną szopkę.

    Jarosław Dudycz
    Jarosław Dudycz 2013.01.23 16:36
  • Ten odcinek już powstał, jest w fejsbuku, więc mogę powiedzieć: ostatecznie to Matylda porzuca bohatera, a on ją potem zabija. To już jest taki zgniły owoc rezygnacji bohatera z troski o swój rozwój i samodzielność.

    Jarosław Dudycz
    Jarosław Dudycz 2013.01.23 16:39
  • Kurczę, jestem drugim facetem po Zagajewskim, który dokonuje egzegezy własnego pisania. :-D

    Jarosław Dudycz
    Jarosław Dudycz 2013.01.23 16:45
  • Jarosław Dudycz napisał(a):

    Ten odcinek już powstał, jest w fejsbuku, więc mogę powiedzieć: ostatecznie to Matylda porzuca bohatera, a on ją potem zabija. To już jest taki zgniły owoc rezygnacji bohatera z troski o swój rozwój i samodzielność.

    Grrrrrrr, no to ładnie zaspoilowałeś. :/
    W ramach zemsty (zadziała tylko jeśli nie oglądałeś jeszcze “Titanica”), powiem Ci, że Leonadro Di Caprio utonie.

    Ps. Ja też mam drgawki na myśl o ślubnym kobiercu. Tak, tak, wiem, że to tylko Twoja postać, a nie Ty. ;)

    marval
    marval 2013.01.23 19:32
  • marval napisał(a):

    Ja też mam drgawki na myśl o ślubnym kobiercu.

    A to jest bardzo ważny objaw, którego należy słuchać ;)

    aneta.maria
    aneta.maria 2013.01.24 14:12
  • @ aneta.maria:
    No ok, w wolnej chwili być może spróbuję się w ten objaw wsłuchać. ;)

    marval
    marval 2013.01.24 20:12

Add Comment Register



Napisz komentarz