Smutni panowie

Na marginesie dyskusji o właściwościach męskich i żeńskich pozwolę sobie zerknąć do literatury pięknej i kilka kwestii zarysować na jej podstawie.

Najlepszą powieścią podejmującą temat nieszczęśliwego zakochania, jaką czytałem, był „Castorp” Pawła Huellego. Trudno dokładnie powiedzieć, dlaczego ta książka przypadła mi do gustu; po trosze dlatego, że opiera się na motywach mannowskich, a Mann to mój ulubiony prozaik, ale też dlatego, że problem nieszczęśliwego zakochania podjęła z całą mocą, bardzo wyraźnie i na bardzo szerokim tle. Nie był to li tylko jakiś wątek jeden z wielu, ale cała fabuła była temu poświęcona.

Podobnie kultowe „Cierpienia młodego Wertera” są – w prezentowaniu zagadnienia fatalnego zakochania – dziełem szerszym, o wielowymiarowym niedopasowaniu, o rolach społecznych, o mieszczańskich wyobrażeniach. W swoim eseju przytomnie zauważa to Boy-Żeleński i pisze, że nie tylko o Lottę chodzi, ale o to, jak się Werter pozycjonuje wobec Alberta i całego męskiego świata, jaką minę robi i jakie miejsce zajmuje. Mówiąc wprost – i w nawiązaniu do toczącej się obok dyskusji – nie jest to miejsce zbyt męskie.

Werter przegrywa zakochanie, bo generalnie przegrywa w mieszczańskim kieracie, odcina się od tego świata, biadoli nad nim, a nie umie go z mocą i determinacją przemieniać, brać nad nim władzy. Daje nogę od pracy w poselstwie, nie umie tego świata przekroczyć, przechytrzyć go i potraktować twórczo, umie wyłącznie cierpieć swój Weltschmerz, uciekać. Innymi słowy, Werter jest po prostu słaby. I popełnia istotny błąd: bierze tę słabość – przewrotnie – za swoją siłę, myśli, że ta jego melancholijna, senna i mocno nadwrażliwa mentalność go wybawi, że będąc innym, subtelniejszym od swoich adwersarzy, zyska w końcu jakieś uprzywilejowanie.

Werter wchodzi w pewną grę z rzeczywistością – i jest to gra perwersyjna, masochistyczna, w dodatku gra w nią wielu ludzi, i w książkach, i na co dzień – mianowicie wydaje się mu, że utrzymując swoją słabość i emfatycznie ją przeżywając, zasługuje na jakąś dziejową sprawiedliwość i rekompensatę braków, na to, że się mu w końcu wszystko odmieni jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Werter trwa w swoim cierpiętniczym sprzeciwie wobec mieszczańskiego układu, kreuje się outsiderem względem gnuśnego świata, podtrzymuje mit swojego wykluczenia i rozpaczy, ponieważ jest to na rękę jego słabej, przetrąconej naturze, która nie umie siłować się z przeciwnościami. Werter w istocie zatem przegrywa na własne życzenie, bo podtrzymuje chorą narrację o mieszczaństwie, które niszczy piękną i wrażliwą jednostkę. Nie jest w stanie tego przełamać, bo czerpie profity z bycia odrzuconym i wykluczonym. Wyróżnia się w ten sposób – mówiąc żartobliwie: wyróżnia się w całej historii literatury – i tego wyróżnienia mocno potrzebuje jako człowiek histeryczny, zakompleksiony.

Typ werterowski został niezwykle dowartościowany w kręgach okołoliterackich i stał się wzorcem dla wielu młodych mężczyzn, także współcześnie. Nie mam żółtej kamizelki, ale, przyznam, zawsze byłem Werterem, i jemu podobnymi, oczarowany, sądziłem, że prezentuje idealny model męskości; że mężczyzna nadwrażliwy to mężczyzna najpiękniejszy i najbardziej godny uwagi, zasługujący na najlepsze miejsca w świecie, które – a jakże – świat powinien mu pokornie, doceniając jego delikatność, oddać dobrowolnie.

Krytyka literacka tymczasem nierzadko kierowała pod adresem Wertera ostry zarzut: że bohater ten swoją postawą przedstawia niemoc i zranienia jako wrażliwość zasługującą na pochwałę, wyrafinowaną, godną uwielbienia i podziwiania, gdy tymczasem jest to wrażliwość smutna, nędzna, wymagająca pracy czy – mówiąc językiem już z czasów po Goethem – psychoterapii.

Podobnie właśnie z bohaterem Huellego, którego pisarz sobie pożyczył od Manna, choć u Manna Castorp zyskuje szansę na dojrzałość. Huelle stara się w swojej powieści opisać szeroko wydarzenia, które w „Czarodziejskiej górze” są ledwie wzmianką, mianowicie epizod studiów Castorpa w Gdańsku. Z jednego zdania Manna rodzi się cała powieść Huellego, niejako rekonstrukcja przeszłości mannowskiego bohatera.

Powieść jest literacko udana (Huelle ma zdolność wejścia z Mannem w dialog, choćby na poziomie języka i artefaktów świata przedstawionego) i bardzo celna, a sam bohater ogromnie drażni, przynajmniej mnie. Drażni teraz, a dawniej wydawał mi się wzorem i budził fascynację. Dziś irytuje rozkapryszeniem, brakiem silnej woli, dziwactwami i uczuciowymi burzami i naporami. Sporo śpi, dużo snuje się po mieście, swoje rozchwianie bierze za dobrą monetę, mimo że cierpi, to jednak jest tym cierpieniem dziwnie podniecony. A na dodatek zakochuje się głupio, w kobiecie dopiero co spotkanej, nieznanej nawet z imienia i nazwiska. Rzuca się na nią z głodem uczuć, adoruje ją w milczeniu i z grymasem, jakby świat się na niej kończył, traktuje to zakochanie rozpaczliwie, jak być albo nie być. Ma dziwaczne przekonanie, że teraz albo nigdy, że jak nie to zakochanie, to żadne. Rzuca się w wir tej przypadkowej w istocie miłostki, bo nie wierzy w stabilność relacji, stabilność mu się pewnie źle kojarzy z mieszczańskim światem, on potrzebuje wigoru, werwy, silnych uniesień, on jest przecież wrażliwy, on jest inny. On się zakochuje w nieznajomej Rosjance, bo jego serce wyrywa się do miłości na każdym kroku, jest nienasycone, chce czegoś świeżego. Nie chce być banalne, szuka ciągle swojego miejsca, ciągle się próbuje nastroić na doznania największe z możliwych, na miłość inną niż wszystkie. I rozczarowuje się, to jasne, i cierpi.

I można by się zachwycić tą skłonnością do uniesień i pożałować bohatera, ale można zauważyć przytomnie, że zakochuje się za łatwo, jest uczuć spragniony nienaturalnie, chaotycznie. Jak dziecko. Nie chce miłości w istocie, ale mocnych bodźców, chce przeżywać wielkie uniesienia, chce być w centrum uwagi, mieć rozpoetyzowane doznania. Idzie mu najpewniej tylko o zdobycie uwagi świata, a wcale nie o tę kobietę. Nie kocha, ale sygnalizuje problem: ciągle byłem lekceważony, nie umiem sobie z tym poradzić inaczej, jak tylko przez nadmierną emocjonalność.

Castorp u Huellego gra w to samo, co Werter, w co i mnie się, przyznam, zdarza grać: w nadmuchiwanie słabości z niebezpiecznej, krzywej nadziei, że na pewno świat dostrzeże wyjątkowość nędznego losu i pochwali ją, wstawi się za człowiekiem, poratuje go, da mu wielką miłość z litości. Nic takiego, oczywiście, się nie dzieje. Nikt nie daje miłości nieszczęśnikowi. A on dalej czeka i eksponuje swoje cierpienie, bo wierzy, że smutek musi miłość sprowokować.

Bohaterów literackich, tych pomienionych, ale i wielu innych, charakteryzuje smutek właśnie. Są smutni do granic samobójstwa nawet i tym smutkiem próbują coś wygrać. Ten smutek jest bardzo realistyczny, bo rzeczywiście wielu mężczyzn jest smutnych w ten sposób, co Werter. U Sienkiewicza tego smutku prawie nie ma, bohaterowie są dzielni i biorą sprawy w swoje ręce, ale tym samym Sienkiewicza wskazuje się jako pisarza wybrakowanego, ślepego psychologicznie, konstruującego postaci niewiarygodne. Sienkiewicz ma oddane grono miłośników, ale zarazem ma – równie wielkie – grono krytyków, którzy uważają, że był pisarzem wymyślającym prostolinijną, bajkową moralność. I jakoś właśnie w tym miejscu, o którym w tym tekście piszę, biegnie granica między dobrą a złą literaturą. Dobra literatura to jest taka, która umie ten wyżej pomieniony smutek pokazać, naświetlić go. Kiepska literatura udaje, że tego smutku nie ma.

A jest ten smutek przecież. Są te gry, w które grali Werter i Castorp Huellego. Są tacy mężczyźni, jak ci dwaj. Mężczyźni, którzy nie podjęli żadnego wymiernego wysiłku, nie ruszyli śmiało do boju, nie otrzepali kurzu z sandałów, nie przetworzyli świata, w którym przyszło im żyć, a utonęli w resentymentach i dziecięcych zranieniach, przywiązani do kaprysów. I ciągle oczekują jakiegoś Zbawiciela, który przyjdzie do tych małych chłopców, da im kobietę życia, pozycję społeczną i podziw innych mężczyzn. U tych ludzi aż skrzy od pragnienia, żeby wszyscy ich rywale sczeźli i ustąpili im miejsca. Ich własnej troski o to stawanie we własnym miejscu jednak nie widać. Nie widać odwagi i godności, wyrzeczenia, pójścia dalej.

Ostatecznie rzecz kończy się tak, jak w „Pannach z Wilka” Iwaszkiewicza. Lato się we mnie przełamało, mówi bohater. Już się nie dogoni straconego czasu, przepada zdolność miłości, niszczy się serce. Można się już tylko z cieniami ścigać. Tak się płaci za brak decyzji w przeszłości, za brak opowiedzenia się za sobą, za brak zdecydowanego wyartykułowania, na czym mężczyźnie zależeć powinno. A powinno mu zależeć na walce, na dorastaniu. Na pokonaniu tej chłopięcej potrzeby przeżywania zmysłowych dopingów.

Kto nie wierzy metafizyce, może uwierzyć literaturze. Ona dość dobrze pokazuje, jak kończą panowie, którzy nie uwierzyli, że są aktem. ;-) Są też przykłady przeciwne, bo literatura, prócz męskiego smutku, umie też zobrazować męski tryumf, wyjście ze smutku. Najlepszym utworem o odkrywaniu męskiego miejsca jest niewątpliwie „Hamlet” Szekspira.

Komentarze (10)
  • Fajny i niegłupi tekst – choć zawsze można krócej i nieco bardziej powściągliwie we wnioskach ;) (bo te są całkiem trafne w odniesieniu do wskazanych bohaterów, ale niekoniecznie wobec rzeczywistości)

    Literatura: dla mnie najpoważniejsza, najbardziej przenikliwa krytyka takiej słabości, o jakiej piszesz, ale i “zakochania” – łącznie z mitem arystofanejskim (o dwóch połówkach)! – pojawia się w “Dziadach”; prowadzi zresztą do oprzytomnienia bohatera, ale horyzont jego aktywności będzie inny, niż można się spodziewać*. Geniusz “Dziadów” polega między innym na tym, że Mickiewicz przekracza proste albo-albo i idzie dalej.

    Swoją drogą, jeśli chcesz podumać o męskości, to proponuję przyjrzeć się temu, co przeżywali nie tylko bohaterowie, ale i pisarze, w odniesieniu do wojny; jak to być kochankiem i żołnierzem zarazem; trzymać miecz w pochwie jak tchórz, czy zostawić swoją oblubienicę i bronić innej kobiety: ojczyzny? Mój kolega się tym zajmuje i to, co czytam, niezwykle jest interesujące – i nie takie proste, jak się wydaje. Męskość w ogóle to znacznie więcej niż relacja do kobiet – podobnie kobiecość to znacznie więcej niż relacja do mężczyzn :)

    *Rzeczywistość: ciekawe, jak byś swoje rozeznanie przyłożył do chrześcijaństwa, do Jezusa.
    Jezus nie zmienia świata (w znaczeniu: systemu, tego, co cesarskie), ale z niego wychodzi – a wychodzi mocą wiary w B. i Miłość.
    Świata (struktury międzyludzkiej, ludzkiego sposobu interpretacji natury – walki o byt, o zachowanie swego życia) nie da się naprawić, zmienić – tym bardziej rzeczywistości; błędem religii jest próba zawiadywania rzeczywistością i światem wedle wiary – wracanie z wiarą na ziemię, oglądanie się wstecz.
    Wiara prowadzi dalej – nie jest ucieczką ani biernym oczekiwaniem zbawienia; nie jest też pyszałkowatym działaniem, “męską” zaradnością. Wiara przekracza męskie i kobiece, godzi je (por. Ga 3, 28)… Moim zdaniem, wiara wyprowadza z okowów świata w stronę “kontynuacji Stworzenia” na poziomie Królestwa B., które między nami jest/może być…

    Ech, wielkie tematy – także metafizyka. Ale jesteśmy na blogu – są rzeczy, których rozwinięcie w pełni zajęłoby bardzo dużo stron tekstu…

    Wisieć na krzyżu jak ostatnia ciapa, to nie jest za bardzo “męskie” – to wstyd…

    bohjan
    bohjan 2013.01.28 18:29
  • @ bohjan:

    Jest taka pokusa – nie twierdzę, że jej ulegasz – by utożsamić Chrystusa z pięknoduchem, jakich wielu w tradycji literackiej, a chrześcijaństwo z jakimś systemem lewicowym, hipisowskim, który głosi wolną miłość, pacyfizm, otwarcie na wszystkich i wszystko, a w istocie jest przecież swojego rodzaju dezercją, unikaniem wyzwań i przedłożeniem festynu nad życie.

    Na pewno zgodzisz się, że sporo ludzi właśnie w tym miejscu fascynuje się Jezusem. Wydaje się im, że to był taki spontaniczny, klawy buntownik wobec władzy, który unikał tego, co przyziemne, a zła władza go za to marzycielstwo i wielkie plany wykończyła.

    Tymczasem Jezus, nim umarł, stawał bardzo mocno na ziemi, w miejscu bardzo męskim i zdecydowanym, jako przewodnik. Nie przewodnik w sensie politycznym, z aspiracjami do władzy, ale jako przewodnik w miłości dla tych, którzy z nim żyli. Ryzykował sporo, bo mówił, że zna Boga. I tego Boga pokazywał. To jest, przyznasz, konkretne i bardzo brawurowe. Był w tym dla swoich braci punktem odniesienia. Nie można zaprzeczyć, że prowadził ludzi. I w tym wszystkim zmieniał świat. Nie globalnie, nie według idei Międzynarodówki ;-), ale między ludźmi, których spotkał. Zmieniał więzi wokół siebie. Polegało to po prostu na codziennych wyborach. Jezus wybierał uzdrawiać. Jezus wybierał opowiedzieć się za dobrem kobiet. Jezus wybierał powiedzieć mocne słowa handlującym w świątyni. Jezus wybierał przedefiniowanie żydowskiej wyobraźni religijnej i społecznej, na przykład w kwestii szabatu.

    Nie uciekł więc z życia magiczną bramą, nie dokonał jakiegoś cudownego przekroczenia, pójścia górą, tylko coś światu pokazywał. Konkrety. Bardzo mocno stawiał na relacje, które większości mu współczesnych, zwłaszcza faryzeuszom, były obce.

    Śmierć przyszła do niego ze środka tego życia, Jezus podjął ją wtedy, kiedy poczuł mocny opór, od którego nie chciał uciekać, bo ucieczka oznaczałaby poddanie przyjaźni, wyrzeczenie się tej wizji człowieka, która Jezusowi była najbliższa. Jezus umarł, gdy nadeszła jego godzina. Ani wcześniej, ani później. Złożył ofiarę z siebie wtedy, gdy bardzo mocno już stanęło, że ta jego miłość śmierci wymaga. Umarł, gdy były już tylko dwa scenariusze: pójść w śmierć, albo zdradzić samego siebie i ulec faryzeuszom, przyjąć ich wrażliwość, ich metody sporu.

    Jezus nie prowokował śmierci, nie narażał się głupio na nią i nie budował na pewno, jak taki Che Guevara, ideologii swojej śmierci. Żył tak długo, jak długo pozwalała na to na wierność sobie.

    Jarosław Dudycz
    Jarosław Dudycz 2013.01.28 19:31
  • @ bohjan:

    Co do “Dziadów”: według mnie, już o tym gadaliśmy kiedyś, Konrad wybiera gorzej niż Werter. On się oddaje jakiejś sile, podczas gdy Werter się po prostu poddaje na całej linii.

    Myślę, że to, ku czemu wychodzi Konrad, jest o wiele bardziej niebezpieczne niż werterowska klapa.

    Jarosław Dudycz
    Jarosław Dudycz 2013.01.28 19:46
  • Ale przykład “Dziadów” dobry, ja pominąłem jakoś, że można też tak postąpić. :-)

    Jarosław Dudycz
    Jarosław Dudycz 2013.01.28 19:47
  • @ Jarosław Dudycz:
    Najpierw a propos “Dziadów” (w końcu to o nas ;)) ).
    Część IV i I “Dziadów” (Widowisko) – to właśnie radykalna, kąśliwa krytyka zakochania, “połówek”, słabości sentymentalnej, itd. Doskonałe wręcz obrazy “pomylenia się z rzeczywistością”.
    Konrad idzie złą drogą – ale zostaje z niej strącony; Mickiewicz natomiast – świadomie czy nie – otwiera perspektywę zupełnie inną, ale na zawsze już niedopowiedzianą: co stanie się z Konradem na pustyni

    A propos Jezusa
    Jarosław Dudycz napisał(a):

    Jest taka pokusa – nie twierdzę, że jej ulegasz – by utożsamić Chrystusa z pięknoduchem

    No to jak jej nie ulegam – dlaczego o tym do mnie piszesz? ;)

    Może niepotrzebnie prowokuję dyskusję tymi notatkami o Jezusie, ale napisałem o tym tylko dlatego, by zwrócić uwagę na to, że jak mężczyzna nie wdaje się w zmienianie świata, to nie oznacza, że od razu jest kimś na podobieństwo obnoszącego się ze swoją wrażliwością Wertera (swoją drogą, może to jednak nieco niesprawiedliwe dla niego – ale w końcu to tylko postać literacka: Werter znaczy ;) ).
    (Mogłem nie pisać o Jezusie, a napisać o różnych innych, kulturowo wypracowanych, modelach męskości niż wojownik – właściwie nawet pisarz, rezygnujący z życia na rzecz pisania, to ciągle jednak kulturowo mężczyzna – pomyśl o Prouście, pomyśl o Tonio Krogerze :) ).

    Inna rzecz – pozostawiam do przemyślenia – że Jezus przekracza myślenie w kategoriach genderowych (płci w wymiarze kultury). Jest Nowym Adamem w znaczeniu (o jakim napisała w sąsiednim wątku Maarta) Człowiekiem, a nie nowym mężczyzną (np. w ogóle nie określa się seksualnie jako potencjalny ojciec, choć stawia w miejscu Ojca… – zawiła sprawa ;) ).
    Ba, jeśli dobrze pamiętam, wybitny chrystolog współczesny Gerald O’Collins pisze nawet o kobiecych cechach Jezusa – i to wcale nie w wulgarny sposób (a istnieją też interpretacje androgyniczne i różne “przemyty” kulturowe Jezusa jako… – wystarczy przyjrzeć się różnym wyobrażeniom/obrazkom, np. Najświętszego Serca Jezusowego; w ogóle warto przejrzeć historię sztuki :) ).

    bohjan
    bohjan 2013.01.28 21:22
  • @ bohjan:

    Pokażę Ci, do czego prowadzi przejęcie się Tonio Krogerem, które było mi bardzo bliskie lat temu kilka, a z którego się, na szczęście – użyję tego słowa – wyleczyłem. :-) Czy raczej: życie mnie wyleczyło. :-)

    Jest taki znany wiersz Lechonia:

    O rzeczach Tomasza Manna

    Idziemy w życiu na przebój – w gorączce walki i zmian –
    I gardła mamy ściśnięte od spazmu wielkich słów.
    Zapomnieć to, o czym smutnie wciąż myśli Tomasz Mann –
    “.Te oczy, kiedyś widziane, śniły mi w nocy się znów.

    Ach! Któż by śmiał to pomyśleć: “Ciąży mi życia już pług”-
    Jest mądre słowo: powinność, niech każdy święci się dzień.
    …Tylko te szmery na schodach to nie jest odgłos Twych nóg,
    I co się snuje w ogrodzie – wiem, że to nie jest Twój cień.

    Jak Tönio Kroger powrócę kiedyś do dawnych mych lat;
    Gdy żar się stanie popiołem. I wtenczas ręką ubogą
    Zieloną poruszę furtkę, na której Twej ręki był ślad
    I za którą nie będzie nikogo.

    Wiersz bardzo nastrojowy i piękny, ale z wieloma tropami klęski. To jest i klęska podmiotu lirycznego, i – jak wiemy z biografii – samego Lechonia, który bardzo się w życiu męczył. To nie są frazy o rozwoju, o przekroczeniu, to są frazy sentymentalne. Bardzo obciążone różnymi nieszczęściami, szukające rozwiązań w przeszłości, traktujące o duszy rozpostartej pomiędzy powinnościami a wrażliwością. To jest poezja zrodzona z tragicznych konfliktów. Ma w sobie śmierć. Jej klasa polega na wierności prawdzie, na tym, że tę śmierć – obecną w ludziach o artystycznym usposobieniu – pokazuje mocno, ale nie na tym, że niesie rozwój. Powiedzmy, że to jest elegancja i spokój śmierci (śmierć bywa elegancka, to jej trzeba oddać), a nie zmartwychwstania. To znaczy, żeby nie upraszczać, to dodam: jest tutaj jakieś pójście dokądś, pójście dalej. Owszem. Ale mnie się ono w ogóle z życiem nie kojarzy. To jest jakieś dalej, które mnie nie pociąga już, wydaje mi się być wyłącznie takim przenoszeniem emocji z naczynia mniejszego do większych. Ale tylko tyle.

    Mnie się w “Tonio Krogerze” podobała zawsze ta scena – mogę coś zniekształcić teraz, bo czytałem dawno – gdy on jadł wespół z kolegą cukierki z papierowej torebki. I ich dłonie się nagle spotkały. Tonio to przeżywał mocno, ja wraz z nim, bardzo to było delikatne. Ja takiej delikatności tych kilka lat temu chciałem mocno. Takiej delikatności zmysłowej, zmysłowej czujności. Ta zmysłowa czujność, zmysłowe poruszenia odbijały wielkie tęsknoty, kojarzyły mi się mocno z tajemnicą losu ludzkiego, z pragnieniem szczęścia. Tonio mi się wydawał mną.

    I dopiero potem zobaczyłem, że to są drogi niespełnione, że to się zostaje na tym poziomie na zawsze, te tęsknoty stają się obsesjami, maskami, etc. Są głęboką rozpaczą. Pomnaża się je tylko, rozbudowuje środki wyrazu, ale w istocie jakości życia się nie zmienia. To mnie zawsze uderza u bohaterów literackich: że oni, nawet, gdy wybierają coś nowego, to i tak w istocie wybierają stare. Nawet, jak radykalizują wybory, to i tak kręcą się wkoło. Nawet, jak idą za przyszłością, to i tak jest to w służbie przeszłości. Nie widzę wcale, by opuszczali zaklęty krąg tych swoich chłopięcych zranień. Nawet mogą iść na wojnę, ale w sercu stoją przy starym smutku.

    Dlatego ja nie umiem już zaufać tym bohaterom. Nie umiem, bo oni są niesamowicie smutni i niespecjalnie chcą z tego zrezygnować. A ja mam w sobie inną wiarę: wiarę w miłość, która mnie ze smutku wyprowadzi. Nie mogę już zatem stać w miejscu tej wielkiej literatury, bo ona tej wiary ze mną nie podziela. Literatura pokazuje klęskę miłości, ja zaś sądzę, że miłość nie przegra.

    Bohaterowie wielkiej prozy podbijają bębenek swoich przeżyć, one są im bliskie, są ich domem, w którym w sumie lubią żyć. To jest gra, kokieteria.

    I Jezus mi się z tym nijak nie kojarzy. :-) To, że Jezus nie jest typem mężczyzny-macho, który się nam dziś poleca w mediach, to jasne. Ale nie jest też typem mężczyzny literackiego.

    Jest po prostu autentyczny. Dojrzały. Wszystko, co robi, robi w sposób zrównoważony. On po prostu staje w swoim miejscu, na miarę swoich sił. Ani nie ma naiwnego marzycielstwa w nim, ani pomniejszania siebie, ani też wywyższania. Jezus to jest najbardziej harmonijna postać w kulturze, większość wzorców u nas ma charakter Jezusowy. Mówię tutaj, oczywiście, o tym przekazie, który do nas dotarł przez wiarę i Kościół, a nie o badaniach historycznych, gdzie Jezus pewnie już tak spójny nie jest. :-)

    I zgadzam się, że Jezus pokazuje godność człowieka po prostu, miłość, przyjaźń dotyczą i kobiety, i mężczyzny. Ale jest pytanie, w jaki sposób Jezus uczy ludzi ich samych. Myślę, że tutaj właśnie należy powiedzieć, że uczy po męsku.

    Jarosław Dudycz
    Jarosław Dudycz 2013.01.29 12:03
  • @ Jarosław Dudycz:
    Jarku Drogi, ja to bym musiał (i chciał :) ) kiedy z Tobą porozmawiać, nawet kilka godzin, sam na sam :) Bo tak się jakoś mijamy – Ty mi odpowiadasz jakoś obok tego, co ja Ci piszę, i jakby z jakąś skrytą tezą; kto wie, jak Ty czytasz mnie :) Nie wiem – ale chcę wiedzieć, bo Cię lubię i mam za człowieka wrażliwego i zdolnego różnorako; bylebyś nie ugrzązł w jakiej ścieżce ;)

    O Jezusie pisać mi się nie chce teraz, bo mnie ani ziębi ani parzy, czy On po męsku uczył czy inaczej – sam o Nim napisałem, może niepotrzebnie, ale w horyzoncie szerszym niż proste etykiety męskie/żeńskie. No i w ogóle przecież nie na jednej szali z literaturą!

    “Krogera” może czas sobie odświeżyć. Bo – moim zdaniem – piszesz obok tego tekstu, którego siłą jest ukazanie rozwoju outsidera między 14 a mniej więcej 40 rokiem życia – artysty, którego koncepcja zmieniała się w ciągu życia i jego doświadczeń. I kończy się to akurat dojrzałą syntezą, gdzie w liście do Lizawiety padają takie oto, między innymi, słowa:

    Bo jeśli co może z literata uczynić poetę, to tylko ta moja mieszczańska miłość do tego, co ludzkie, żywe i zwyczajne. Wszelkie ciepło, wszelka dobroć, wszelki humor z niej wypływa i zdaje mi się niemal, jakby była sama ową miłością, o której napisano, że choćby człowiek mówił wszystkimi językami ludzkimi i anielskimi, bez niej jest jak cymbał brzmiący i jak miedź brzęcząca.

    Nie zachęcam Cię ja, krakowiaczek jeden :) , byś się w świat literatury zanurzył i w nim pozostał, choć niesprawiedliwe mi się wydają te Twoje literatury krytyki – prywatne rozprawki to są i sprawki zaległe chyba :) Wiadomo, że chodzi o Życie.

    Miłości Ci życzę – tylko jej z góry nie próbuj opisać ;)

    bohjan
    bohjan 2013.01.29 19:22
  • Nie sądzę, aby sama wrażliwość u mężczyzny była czymś złym i że należy ją zwalczać, aby dopasować się do jakiegoś wzoru. Świat bez artystów, poetów, pisarzy byłby dużo uboższy :) Na pewno taka cecha powinna jakoś dojrzewać w harmonii z innymi cechami, ale nie całkiem znikać, jeśli dana osoba ją posiada.

    maarta
    maarta 2013.01.30 13:07
  • @ bohjan:

    Bohjanie, dziękuję za słowa sympatii i odwzajemniam je przecież, też Cię lubię, choć mnie sążniście denerwujesz często. :-D Ostatnio na przykład tym Lindą pod moim tekstem o seksie. :-) Trzeba było walić prosto z mostu, a nie się zasłaniać. :-)

    Co do Tonio Krogera: bardzo dobry cytat, właśnie o coś takiego mi szło, gdy pisałem, że bohaterowie tej literatury nawet jeśli dokądś idą, to to ich dalej mnie nie przekonuje i nie wydaje mi się być czymś uwalniającym. Fragment przez Ciebie przywołany mnie nie uspokaja, a przeraża, ja po prostu bardzo źle znoszę, gdy ktoś po latach burz i naporów – które były smutne, ale jednak były jakimś ruchem – nagle uznaje, że spokój ma w tym świecie, z którego wyrósł, w jakiejś zwyczajności, codzienności, w potoczności życia, w kulturze, w swoim pięknym, mieszczańskim charakterze, etc. Nie wierzę w takie powroty i godzenia się z losem, wydają mi się być wyłącznie sentymentami i stagnacją, poddaniem się. Mam alergię na takie sformułowania: “ta moja mieszczańska miłość”. Przeczytaj to sobie głośno. Nie wzdrygasz się na to? I nie chodzi mi teraz o prostą krytykę mieszczańskości, bynajmniej.

    Przecież to jest wymyślone po prostu. O to chodzi. Ja to tak przynajmniej odczuwam. To jest jakiś pomysł na siebie, mocno wyidealizowany. Na “wszelkie ciepło, wszelką dobroć i wszelki humor” coś się we mnie złości nie na żarty, serio Ci mówię.

    Powiem Ci, jaka jest moja hierarchia postaci, może to nas jakoś zbliży w tej rozmowie do zrozumienia siebie. :-)

    Najwyżej cenię model Jezusowy, potem interesują mnie różni wariaci, którzy z niedopasowania i smutku, z nieznalezienia swojego miejsca albo popadli w szajbę, albo się zabili, a najmniej sympatyzuję z takimi kolesiami, co to uznali, że ich serce to jest ze świata, w którym wyrośli, i na szczęście, ufff, w końcu ten swój codzienny spokój odkryli. :-)

    Jarosław Dudycz
    Jarosław Dudycz 2013.01.30 14:11
  • @ maarta:

    Nie krytykuję wrażliwości, to jasne, bo wrażliwość to jest cecha głęboko ludzka, krytykuję nadwrażliwość, która wydaje mi się być jakimś diabelstwem, bo prowadzi do niszczących uwikłań, które literatura, myślę, nieźle zobrazowała.

    Jarosław Dudycz
    Jarosław Dudycz 2013.01.30 14:15

Add Comment Register



Napisz komentarz