Wyjazd

W Breslau zaczynała się jesień. Żółkły liście w Scheitniger Park i coraz mocniej wiało. Codziennie wisiały nad miastem ciężkie chmury, padało obficie dniem i nocą. Deszcz nie ustawał, o słońcu głupio było nawet napomknąć. Nie oglądano go tutaj we wrześniu wcale. Ziemia była mokra i grząska, śmierdziała wilgocią i butwiejącymi gałęziami. Od Odry szło morowe powietrze. Ludzie przyspieszyli kroku, już się nie rozglądali wokół, twarze chowali w kołnierzach płaszczy. Zasłaniali się parasolami. Chodzili bliżej ścian budynków, mijali się obojętnie. Snuli się jak cienie. Każdy chciał zdążyć do domu, nie zwracał na miasto uwagi. Lato należało do przeszłości, nikt go już tutaj nie pamiętał. Śląska metropolia traciła swój wigor, deszcze wymyły zapachy wakacji. Woniało trupem, nie owocami i ogródkami piwnymi. Miasto wyraźnie miało się coraz gorzej, było ogołocone i puste. Zostawione samemu sobie. W Breslau zrobiło się śmiertelnie, a jeszcze w sierpniu życie wybuchało tutaj w każdym zakamarku.

W taki podły, jesienny świt dwoje ludzi leżało obok siebie w łóżku w mieszkaniu przy Neue Taschen Strasse. Mieszkanie znajdowało się w nowo postawionej czynszowej kamienicy. Okna były zasłonięte, jednak szparą między zasłonami sączył się blask miejskiej latarni. Niemrawo rozpraszał ciemności, rysował niewyraźne kształty. Sypialnia była spora, przy oknie stał mały sekretarzyk. Na ścianach wisiały obrazy, ale w ciemnościach nie można było dojrzeć, co przedstawiają. Naprzeciw sekretarzyka stało duże łóżko, zwrócone w stronę okna. Nakryte było białą pościelą, od której odbijało się światło. W tej pościeli, bardzo wymiętej, leżeli mężczyzna i kobieta, nadzy, przytuleni do siebie. Budzili się właśnie. Deszcz uderzał o parapet, było przeraźliwie zimno. Kobieta podciągnęła kołdrę pod brodę i przylgnęła do mężczyzny. Mężczyzna podniósł się i potrząsnął głową, jakby chciał oprzytomnieć, uwolnić się od snu. Popatrzył na kobietę i zawadiacko chwycił ją palcami za nos. Lekko potarmosił. Kobieta uśmiechnęła się i powiedziała coś niewyraźnie. Dało się słyszeć tylko mruk. Potem podniosła się i usiadła obok mężczyzny. Głowę położyła na jego ramieniu. Siedzieli tak razem na łóżku, ona bardzo blisko niego, obejmując go mocno. Światło zza zasłony padało na ich twarze. Byli bardzo młodzi obydwoje, mieli po dwadzieścia kilka lat. Ona miała semickie rysy twarzy, wielkie oczy, gęste, czarne włosy sięgające ramion. Była bardzo ładna. On miał twarz ukrytą pod zarostem, niewiele było z tej twarzy widać. Nos był nie za duży, czoło wysokie. Oczy spokojne, łagodne. Patrzyli na siebie, nie mówili niczego. Trudno było odgadnąć, dlaczego ona się do niego przytulała tak mocno, czy to z czułości, czy z zimna. Mijały minuty, za oknem jaśniało. Od ulicy szedł rwetes ruchu ulicznego. Krzyczał mleczarz. Mężczyzna odezwał się nagle:
- Jedziesz? – przytulił kobietę mocno, jakby chciał ją przysunąć do siebie, zagarnąć.
- Jadę. Jutro jadę. Zajęcia zaczynają się niedługo. Muszę się tam zadomowić. Nie mogę tak z marszu pojechać. Trzeba wcześniej – uniosła głowę i spojrzała mężczyźnie w oczy – Cieszę się bardzo z tych studiów w Getyndze. W Breslau było pięknie, zrobiłam tu sporo. Wykłady z psychologii miło wspominam. Ale tam jest centrum, ruch. Wszyscy się tam gromadzą. Pan Husserl zbiera towarzystwo. Miło, że będę mogła należeć do tego grona, ono jest oryginalne z wielu powodów. Są tam kobiety. Nie będę jedyną. Będzie mi raźniej. Poza tym wszyscy młodzi bardzo, znajdziemy wspólny język łatwo. A to w filozofii kluczowe, by się zadawać ze sobą towarzysko. Osobiście. To nie tylko uniwersytet, Paul, to życie. Jadę tam żyć – kobieta rozpromieniła się. Kołdra zsunęła się jej z ramion. Siedziała tak teraz niczym nie osłonięta, harmonijna, piękna. Ramiona miała delikatne, wydawały się bardzo kruche. Szyja była smukła. Mężczyzna pogłaskał kobietę po głowie. Znowu potarmosił za nos. Zapadło milczenie. A potem mężczyzna – Paul, bo tak do niego mówiła kobieta – powiedział:
- Edytko, ja wszystko rozumiem. Rozumiem, że pan Husserl, że Getynga. Że świetna konfraternia. Wielkie badania. Też się zajmuję filozofią. Podoba mi się twój zapał. Ale co z nami? Przecież jak tam pojedziesz, to to będzie koniec. Wyjazd na studia jest wyborem przeciw nam. Nie da się tych dwóch rzeczy pogodzić – mężczyzna posmutniał i po raz kolejny mocno przytulił kobietę. Ona wyrwała się z objęcia, wstała z łóżka i podeszła do okna. Patrzyła przed siebie. Widziała, jak w domu vis-a-vis zapalały się światła. Z nieba lał się deszcz. Na jej nagim ciele grały światło i cień. Rywalizowały o jak najwięcej miejsca dla siebie. Z oddali, z łóżka, gdzie siedział mężczyzna, kobieta wyglądała jak piękna rzeźba. Edyta wycelowała palec w okno i wodziła nim za kroplami deszczu, które spływały po szybie.
- Masz rację, studia w Getyndze to koniec naszej znajomości. Dokonałam wyboru. Sprawa jest prosta jak drut. Jutro jadę, ty zostajesz. Moje życie oddziela się od twojego. Nie ma nad czym rozmyślać. O czym tu rozprawiać? O wolności chcesz rozprawiać? Bystry jesteś, wiesz, że trzeba być gotowym na różne wybory ludzi. Nawet na te, które nam niosą przykrość. Kiedyśmy się zaczęli spotykać, to musiałeś mieć świadomość, że kolejne dni mogą przynieść zmianę sytuacji. Zawsze tak jest, że następny dzień niesie ryzyko przemian. Możliwość upadku. Możliwość, że będzie wszystko inaczej. Wiesz to doskonale, inteligencja ci to podpowiada, Paul. Musi podpowiadać – deszcz padał coraz mocniej i nie dało się już liczyć kropli, po szybie spływał wartki potok – Czy ktoś ci obiecywał jakąś przewidywalność? Władzę nad ludźmi ktoś ci obiecywał? Czy ktoś ci obiecywał, że ja z tobą będę na zawsze? Że zapanujesz nad moimi uczuciami? Kto ci to obiecał? Nie było takiej obietnicy. Żaden Bóg nie przyszedł i nie powiedział, że my się kochamy na zawsze. Ktoś ci objawił wieczną więź ze mną? – Edyta roześmiała się – Paul, czy ciebie ktoś oszukał? Ty się czujesz oszukany? Nie sądzę! Nie masz żadnych powodów do pretensji zatem. Życie nie przyniosło ani razu komunikatu, że jest niezmienne. Nie rozumiem więc, skąd te twoje uwagi teraz. Po co mi czynisz takie uwagi? – Edyta odwróciła się od szyby i wróciła do łóżka. Usiadła obok Paula i pocałowała go w policzek. – Nie bądź gamoniem, nie zachowuj się jak sztubak. Niech ci się nie zbiera na romantyczność. Teraz się nie czyta Goethego, inne lektury są w modzie. Nie bądź Werterem. Rusz głową. Starannie sobie przemyśl, co powiedziałam. Twoja nadzieja i jej pytania są najzwyczajniej w świecie kłamliwe. Ani razu nasza miłość się nie zaanonsowała jako trwała. Ani razu! – Edyta znowu pocałowała Paula w policzek i zmierzwiła mu włosy swoimi długimi palcami. Paul posmutniał. Nie potarmosił jej już za nos. Poderwał się z łóżka i zaczął w pośpiechu wkładać ubranie. Edyta parsknęła śmiechem.
- Dokąd się wybierasz, durniu? Przecież to twoje mieszkanie. To ja powinnam wyjść. Ale nie muszę jeszcze wychodzić, jest wcześnie. Chyba się zdrzemnę. Proponuję, byś tu wrócił. Łóżko wciąż jest ciepłe – przytuliła głowę do poduszki i zamknęła oczy. Paul chodził nerwowo po pokoju. Z kieszeni surduta wyjął srebrną papierośnicę i zapalił papierosa. Zaciągnął się dymem, poczuł zawroty głowy. Zakaszlał teatralnie, żeby zainteresować Edytę. Nie chciał, by zasnęła. Chciał rozmawiać.
- Edytko, ja będę czekał na ciebie. Wiesz o tym. Będę czekał dniami i nocami. Nie zapomnę. Będę wierzył, że któregoś dnia wrócisz do mnie. Z tej Getyngi wrócisz albo skądkolwiek. Muszę mieć nadzieję. Bardzo cię kocham, nie mógłbym nie czekać – zaciągnął się dymem. Nie przestawał chodzić po pokoju. Edyta uniosła głowę i oparła ją na ręce. Popatrzyła na Paula. Była zdenerwowana, mówiła szybko i z irytacją.
- Jaki ty jesteś neurotyczny, Paul! Jaki ty jesteś nieznośnie neurotyczny! Poczytaj sobie pana Junga lepiej. Jesteś paskudnym neurotykiem! Paskudnym! Jak wszyscy Żydzi i chrześcijanie! Jesteś ograniczony jakąś nadzieją, która się jeszcze ani razu nie potwierdziła. Ciągle byś czekał na coś. Na Mesjasza czekasz, na mnie chcesz czekać. To jest niezdrowe, Paul! Jak tak można czekać?! Długo chcesz tak czekać?! Co to za kultura w ogóle?! Ciągle byście czekali! Jezusa nie widać, a oni czekają. Całe życie zbudowane w oparciu o czekanie. Czekają i czekają, i szachują się bez przerwy! To czekanie to matnia, Paul! Nie widzisz tego?! Wy się szantażujecie tym czekaniem. Robicie sobie krzywdę robieniem wszystkiego według jakiegoś mglistego oczekiwania! Dzieci wychowujecie tym czekaniem, nasycacie je pustką! Ciągłym niedostatkiem się karmicie! To wam świetnie służy do władzy nad sobą. Wy się wzajemnie kontrolujecie ułudną przyszłością. Patrzycie w przyszłość, której nie ma, i korygujecie nią swoje postępowanie. Mówicie innym: poczekajcie z nami, zaufajcie nam. I ludzie czekają, a nic się nie dzieje. Wzbudzacie wiarę, a przedmiotu tej wiary nigdy nie widać. Tylko rzesza wiernych się zbiera, powstaje siła tłumu. Dla siły to robicie wszystko! Dla siły czekacie! To was podnieca! Co za nikczemne oszustwo! Jak tak można postępować?! Przestańcie czekać, do cholery! Ty nie czekaj na mnie, Paul! Nie dawaj sobie prawa do jakiejkolwiek kontroli! – Edyta wyciągnęła rękę w stronę Paula – Daj mi papierosa teraz! – Paul poczęstował ją papierosem. Edyta zapaliła i zaczęła kasłać. Paul pogłaskał ją po policzku.
- Nie umiem nie czekać, kochanie! Niczego z tym nie zrobię. To tak musi zostać. To czekanie nie jest wymyślone. Samo mi się dzieje. Po prostu będę czekał. Będę czekał i już. Zawsze. Zostaniesz w moim sercu do końca życia – Paul położył się na łóżku i patrzył w sufit. Edyta rozpłakała się. Szlochała nerwowo, jak dziecko, pociągając co chwila nosem.
- Dlaczego ty jesteś taki przykry, Paul?! Dlaczego ty mi to robisz?! Dlaczego nic do ciebie nie dociera?! Po co czekać?! Po co taka męczarnia czekania?! Czy ty masz jakieś złe wspomnienia?! Rodzice cię opuścili?! Zostawili cię na dworcu w Monachium, gdy miałeś trzy latka?! Zgubiłeś się?! I czekasz na tych rodziców od lat?! Idź do psychoanalityka, przepracuj to sobie! Ale nie przykładaj tego do mnie! Ja sobie tego nie życzę! Nie chcę twojego czekania! Mam je w nosie! Ja chcę odejść na zawsze. Definitywnie. Ja się wyrzekam wszystkiego, bo tak chcę. Po prostu tak chcę. Tu nie ma pola do wielkich słów, do dramatów. Do religijnego ględzenia. Przyjmij to z honorem. Racjonalnie. Życie idzie naprzód, ja jutro jadę do Getyngi, nie ma po co dopisywać dodatkowych znaczeń. Tu nie ma drugiego dna, Paul! – Edyta płakała coraz mocniej, łzami potężnymi jak strugi deszczu za oknem. Przyłożyła twarz do poduszki i wyła głośno, jakby porażona wielkim bólem. Paul głaskał ją po głowie, a potem powiedział jej na ucho:
- Nie płacz, kochanie, nie trzeba. Po co tak przeżywasz moje słowa? Nie przejmuj się tak nimi. Nie warto. Tylko rozchorujesz się przed podróżą. Zajedziesz do Getyngi z poszarpanymi nerwami i katarem. Będziesz panu Husserlowi smarkać na wykładach – Paul uśmiechnął się i pocałował Edytę w głowę. A ona na te słowa zapłakała jeszcze mocniej, całe jej ciało zadrżało. Zwinęła się w kłębek i powiedziała:
- Nakryj mnie, Paul. Bardzo mi zimno.

*

Następnego dnia, kilka minut przed jedenastą, Edyta stała w hallu Dworca Głównego w Breslau i patrzyła na rozkład jazdy. Jej pociąg odchodził w samo południe. Miała jeszcze chwilę czasu do odjazdu. Była z nią najbliższa rodzina, rodzice i siostry, Paula nie było. Przy całej gromadce uwijał się bagażowy. Edyta usiadła na dębowej ławce, spojrzała na ogromny zegar. Rodzice pytali ją o coś, siostry trajkotały. Edyta śmiała się i odpowiadała na pytania, zapewniała, że będzie często pisać. Siostrom obiecała album z widokami Getyngi. A potem wsiadła do pociągu i odjechała. Tak po prostu. Tak, jak się zawsze odjeżdża.

Komentarze (2)

Add Comment Register



Napisz komentarz