Refleksje z Triduum 2013

Postanowiłam zapisać kilka refleksji z Triduum, jeśli ktoś ma ochotę zapraszam do opisania swoich :)

Kulturowo nie przygotowałam się dobrze do świąt – nie poświeciłam palmy, nie zasadziłam rzeżuchy, co prawda zaczęłam sprzątać ale podłoga wygląda i tak gorzej niż przed umyciem…

Nie wyszedł także udział w zorganizowanych rekolekcjach, ale w tym tygodniu, bez intencji rekolekcyjnych, słuchałam tych katechez (górnych) nt. wyprowadzki duszy z trzeciego mieszkania :) (wiele ciekawych refleksji, wskazówek praktycznych, trochę psychologii, nawet wzmianka o Jezusie historycznym…). Więc rekolekcje mam jakoś zaliczone.

Z liturgii Wielkiego Czwartku i Piątku wylosowałam Czwartek, mam nadzieję, że uda się wspólnie z mężem iść w sobotę do Dominikanów (wszyscy tak zachwalają, więc chciałam sprawdzić…)

Wielki Czwartek

Zastanawiałam się nad Eucharystią. Dużo mówi się w liturgii i teologii o ofierze. Niestety coraz mniej czuję co to oznacza. W naturze nigdy nie spotkałam się ze składaniem Bogu baranków czy innych zwierząt jako przebłaganie za grzechy. Owszem ludzie nawet własne życie za innych (np. o.Kolbe), ale czy mamy porównywać Boga do nazistów?

Na szczęście inny aspekt jest dla mnie bardziej jasny: “…wziął chleb… połamał…dał im….bierzcie”. To dzieje się także w czasie zwykłych ludzkich posiłków, oznacza wspólnotę, wspólną obecność w danym miejscu i czasie.

Spraw to Ojcze Wszechmocny 
w dobroci swej niezmiernej
Byśmy się stali jedno
Z Tobą, Chrystusem i Duchem
Ty, coś w Trójcy jedyny.

Umycie nóg przez proboszcza dwunastu wybranym mężczyznom w garniturach wypadło jednak dość blado na tle Franciszka, który nie boi się kobiet i nie bardzo przejmuje  się tym co zapisane jest odnośnie tego gestu mszale.

Bardzo lubię natomiast śpiew oazy a capella na bazie tekstów NT lub psalmów. Msza wielkoczwartkowa być może traktowana jest doskonała, starannie przygotowana liturgia. zastanawiam się, czy chciałabym przenieść ją na zwykle niedziele. Nie fascynuje mnie liturgia jako rozbudowane słowa, procesje itp., ale chciałabym, aby było więcej wspólnej modlitwy – w formie prostego śpiewu, bardziej rozbudowanej modlitwy wiernych, uwielbienia.

 


 

 

, , ,

Komentarze (12)
  • Fajnie, że zamieściłaś tę notkę. Jeju, kulturowe przygotowanie… Nie ma nic wspólnego z Wielkanocą, tylko z wiosną, ale jak tu wiosnę witać, gdy śnieg? Moje okna sobie poczekają… o podłogach nie wspominam. W sumie nawet szkoda, że utraciłam ten kulturowy zryw, zawsze to 2 razy w roku było czyściej ;). Palmę syn mój był poświęcił, po czym zostawił ją na plebanii (czy można od mężczyzn wymagać pamiętania o wiązce bazi?).

    A mówiąc poważniej, tak jak siebie widzę, od kilku lat przechodzę proces “odliturgicznienia”. Związane to jest w ważnym przełomem w moim życiu i myślę, że jakoś z niego wypływa. Nie będę go opisywać, powiem tylko, że choćbym nie wiem jak się starała, czuję duży wewnętrzny opór wobec przeżywania życia liturgicznie. Od razu zaznaczę, że to jest mój, Anety, moment życiowy i tak proszę go rozumieć, jako konkretny czas mojego indywidualnego życia. Kiedyś liturgia była ważna z wielu powodów i stanowiła element mego wychowania. Dziś stanowi jedynie mękę. Przez określony czas, co tydzień przez godzinę miałoby się dziać w moim życiu coś innego niż dzieje się poza tym czasem, już tak nie mogę, więc się na mszy męczę.
    Z duszą na ramieniu (no bo jednak ja zawsze…) postanowiłam w tym roku nie iść na liturgię Wielkiego Czwartku i Piątku. Wzięłam nieodmawiany od tych kilku lat brewiarz i zaczęłam mówić nieszpory. Psalm 72. Nie wiem, co się stało, ale tak czytałam te słowa, jakbym je pierwszy raz widziała. To jest paradoksalne, że mając zwyczaj odmawiania brewiarza, jako “dobra katoliczka”, nigdy nie usłyszałam tych słów na poważnie. Raczej jako “no my w Kościele tak sobie właśnie gadamy”. Wczoraj mnie uderzyły, wiara z tych słów mnie uderzyła, że ktoś tak Boga widział, na serio, że przecież tak Go widział w sercu, bo skąd by to miał? I że się odważył tak powiedzieć, taką mieć nadzieję, widząc przecież “ubogich z ludu” i “dzieci biedaków”, których nikt nie wybawiał… Poraziło mnie, że widząc nędzę, nie zwątpił (ten autor psalmu), że miał odwagę wyrazić nadzieję.

    aneta.maria
    aneta.maria 2013.03.29 10:12
  • Owszem ludzie nawet własne życie za innych (np. o.Kolbe), ale czy mamy porównywać Boga do nazistów?

    Odpowiem na to, bo mnie Kolbe zajmuje od dawna. Jego ofiara nie ma znaczenia przez wyjątkowe okrucieństwo warunków obozowych, ale ma znaczenie przez wolność decyzji. Tylko dobrowolność jest tu ważna, praktyki nazistów nie są. Oni mogli prowokować, coś aranżować, mogli nie przyjąć zapłaty Kolbego i zabić obydwu. Mogli oszukiwać, mogli szydzić. Więc tu nie ma co się oglądać na nazistów. Istotny jest tylko gest Kolbego. On tę decyzję miałby pewnie w każdych warunkach, bo w każdych dostrzegał bliźniego. Oddałby życie w dowolnym miejscu. Oddanie życia w obozie staje się symbolem, owszem, bo tam zadano mocny cios wolności i człowieczeństwu, ten symbol ma głęboki sens, wygląda bardzo pięknie, ale ten symbol nie jest tu kluczowy. Kluczowe jest widzenie Kolbego, które nie zależy od obozu, nie zależy od tego, co robi druga strona.

    Podobnie z Jezusem. Jezus ma po prostu dane widzenie rzeczywistości, określoną miłość, wolność i wiarę, i okoliczności go nie motywują. Nie w takim sensie, że oto ma jakiś projekt i pilnuje, by go spełnić. Też nie w takim sensie, że to druga strona jest spiritus movens, a Jezus ulega jakiejś narracji. Po prostu oddaje życie wtedy, gdy to jest konieczne dla ocalenia miłości. Wtedy, gdy inny wybór byłby zdradą siebie. To mogła być, myślę, dowolna sytuacja, niekoniecznie spór z faryzeuszami.

    Nam się rzucają w oczy te wszystkie wzmianki w Piśmie: “nie nadeszła jeszcze moja godzina”, ten cały anturaż, że Jezus się przygotowuje do męki, przepowiada ją, czyni ciągłe aluzje. Widzimy to jako przedsięwzięcie. Boga jako demiurga. Tymczasem, sądzę, to jest tylko szata teologiczna, która ma Żydom pokazać, że to w Jezusie wypełnia się Prawo, że to on jest Mesjaszem. Idzie o przeforsowanie konkretnego modelu religijnego, o pokazanie, że Jezus jest kapłanem i że dzięki niemu Bóg da się w końcu przebłagać.

    Tymczasem to, co nowe, tak naprawdę rozgrywa się w Jezusie, nie na zewnątrz. Ten nowy Bóg, to jest Bóg, który chce miłości, bliskości, nie kapłaństwa. Ofiara Nowego Przymierza to pójście na śmierć za bliźnich, za swoich braci. To jest życie w głębokich relacjach. To jest ta zmiana obrazu Boga.

    Ksiądz Tischner powie, że ofiara Jezusa jest nawet wbrew Bogu, bo z Bogiem się różne rzeczy mogą okazać, może wcale nie być przychylny człowiekowi, może go nie być, a gest Jezusa i tak zostaje jako sensowny. Jest pójściem za czymś wielkim, rozpoznanym w sobie wbrew wszystkiemu, daje nadzieję. To jest trochę tak, jak z sytuacją tego psalmu czytanego przez Anetę.

    Jarosław Dudycz
    Jarosław Dudycz 2013.03.29 12:44
  • Jarosław Dudycz napisał(a):

    Po prostu oddaje życie wtedy, gdy to jest konieczne dla ocalenia miłości. Wtedy, gdy inny wybór byłby zdradą siebie. To mogła być, myślę, dowolna sytuacja, niekoniecznie spór z faryzeuszami.

    Tak, ładnie to ująłeś, rzeczywiście jest taka intuicja osoby Jezusa.

    maarta
    maarta 2013.03.30 16:45
  • U mnie ciepło. Trochę pada czasami, ale ogrzewanie włączam już tylko wieczorem i to na jakieś dwie godziny. Inaczej byłoby za gorąco. Po prostu wiosna. No i nie sprzątałem bo nie jest brudno …

    Ja miałem okazję pierwszy raz uczestniczyć w Wielki Czwartek w tradycji od dawna praktykowanej we Francji. Msza była sprawowana przy jednym wielkim stole przy którym siedzieli i wierni i księża. Właściwie to było kilka stołów ustawionych w podkowę. Taka tradycja, która ma być jak najbliżej Jezusa i Jego uczniów. Oczywiście wszyscy siedzieli – tylko w czasie modlitwy eucharystycznej księża stali.

    Mycia nóg nie było. Mój proboszcz wyjaśnił, jakie było znaczenie tego symbolu, ale stwierdził, że teraz już nie myjemy nóg przed posiłkiem i nie ma co takich znaków praktykować. Tak samo nie robi znaku pokoju w czasie Mszy. Kiedyś wyjaśnił, że to śmieszne, bo podajemy sobie rękę i… tyle. Nawet nie wiemy, jak ta osoba ma na imię. Za to przynajmniej raz w miesiącu mamy apéritif po mszy – przy okazji są świętowane urodziny tych parafian, którzy je obchodzili w czasie miesiąca. To jest czas – tak mówi proboszcz – gdzie można porozmawiać z kimś kogo nie znamy, zapytać o jego życie, trochę się poznać i to więcej znaczy niż samo podanie ręki.

    Po Mszy był rzeczywisty posiłek – repas partagé, czyli każdy coś przyniósł i wszyscy to jedli. W sumie było jakieś czterdzieści osób, może trochę więcej. Głównie oczywiście starszych. Ale to już taki urok tego Kościoła.

    Nie mogę powiedzieć że to jest mój wymarzony Wielki Czwartek, ale przyznaję że czułem się lepiej niż w Polsce. Posiłek to już ruch w dobrą stronę… Rzeczywiście jest bliżej Jezusa.

    Robert Skiba
    Robert Skiba 2013.03.30 16:47
  • aneta.maria napisał(a):

    Kiedyś liturgia była ważna z wielu powodów i stanowiła element mego wychowania. Dziś stanowi jedynie mękę. Przez określony czas, co tydzień przez godzinę miałoby się dziać w moim życiu coś innego niż dzieje się poza tym czasem, już tak nie mogę, więc się na mszy męczę.

    To ciekawe, zastanawiam się czy mogłabyś to trochę rozwinąć.
    Dziś przeczytałam w TP komentarz bp. Rysia, który jakoś dotyka tematu liturgii (nawet homilia, którą słuchałam w Wigilię Paschalną była trochę na ten temat – o tym za chwilę):

    Jezus wie, że nie może wejść w Godzinę Krzyża, nie celebrując wpierw Paschy. Nie wyobraża sobie zmierzenia się z czekającą męką, bez tej domowej celebracji. Musi jeszcze raz spożyć dania przypominające wyzwolenie Izraela z niewoli Egiptu; musi wysłuchać objaśniającej je katechezy – Hagady – opowiadającej Wyjście nie jako wydarzenie z dalekiej przeszłości (sprzed trzynastu wieków), ale jako dokopującej się TU i TERAZ interwencji Boga, w której On – Jezus – osobiście uczestniczy. (…) Oto jak liturgia wiąże się z życiem – nie sprowadza się jedynie do pobożnie przeżytych obrzędów – objaśnia życie, pozwala je zobaczyć w kompletnie innej perspektywie, daje doświadczenie przychodzących od wiernego Boga nadziei i siły. To przejście od celebracji liturgii do liturgii życia, w której człowiek z uczestnika – staje się kapłanem i żertwą.

    Myślałam wczoraj w czasie czytań, że trochę ciężko przebić się współcześnie do sedna opisywanych zdarzeń, chyba z powodów kulturowych, odległego czasu, w których teksty były spisywane. Jedak czy w czasach Jezusa opisywane zdarzenia także nie wydawały się anachroniczne? Czy liturgia może pomagać nam uświadomić sobie działanie Boga tu i teraz?

    Homilia była o tym, że często przychodzimy na rozbudowaną piękną liturgię, aby na nowo doświadczyć, poczuć Boga – ale nie zawsze tak się zdarza. Ważne jest słuchanie świadków zmartwychwstania i pokora. Był to więc głos delikatnie dystansujący się od szukania przeżyć w liturgii w samym środku liturgii :)

    maarta
    maarta 2013.03.31 14:05
  • @ maarta:
    Rozwinę, wieczorem, bo teraz czeka mnie wielkanocne danie ;) – sushi. Nigdy nie jadłam, a zostanę uraczona i chociaż tak (jedząc) wpiszę się w tradycję świętowania :)

    aneta.maria
    aneta.maria 2013.03.31 14:22
  • Jarosław Dudycz napisał(a):

    Tymczasem to, co nowe, tak naprawdę rozgrywa się w Jezusie, nie na zewnątrz.

    Tak, to nowe dzieje się w środku. Coraz wyraźniej się odsłania. To też mój “moment życiowy”. Z jednej strony nie odnajduję się w kulturowym przeżywaniu świąt, choć przez wiele lat było ono ważne, było dużą częścią mojej drogi, cenną zresztą. Z drugiej strony nie mogę powiedzieć, że bezpowrotnie odeszło, bo nie odeszło. A może odeszło i wróciło, w nowym wymiarze, przemienione, takie bez planu, bez postanowień, podążające za pragnieniem, za głębokim „chcę”. To nowe czerpie ze środka „wiedzę”, czy pójść na rekolekcje, czy nie, czy święcić palmę, czy nie, czy skorzystać z tego, co kulturowe i zwyczajowe. Nowe nie przekreśla starego, ale starym nie jest. Odkrywam je jako bardziej wolne wobec starego, ale nie wolne absolutnie, bo nowe jest umęczone kulturowym, zwyczajowym, zewnętrznym. W ten sposób wróciły do mnie rekolekcje, choć inne, a w ostatnim czasie Droga Krzyżowa, choć inna.
    Świątecznie pozdrawiam

  • maarta napisał(a):

    Myślałam wczoraj w czasie czytań, że trochę ciężko przebić się współcześnie do sedna opisywanych zdarzeń, chyba z powodów kulturowych, odległego czasu, w których teksty były spisywane. Jedak czy w czasach Jezusa opisywane zdarzenia także nie wydawały się anachroniczne?

    Ja się kiedyś przebiłam ;). Dużo czytałam o Passze, o podłożu każdego żydowskiego święta. Stało się dla mnie jasne, skąd pochodzą formuły wypowiadane podczas mszy, skąd te słowa, nakrywanie kielicha, odkrywanie, unoszenie itp. W mojej wspólnocie przez wiele lat spotykaliśmy się, by nie tylko o tej passze przeczytać, ale i przejść po kolei każdy krok. Widziałam – choć w sytuacji zaaranżowanej – wagę haggady, czyli opowiadania o wybawieniu. Gdy ktoś był w stanie mówić o własnym wybawieniu, o doświadczeniu w swoim życiu, było to poruszające i dotykające. Przez kilka lat chodziłam także jako gość na Paschę do neokatechumenatu, który mówi: “chrześcijanin żyje od Paschy do Paschy”, “dzisiaj jest ta noc, bracia!”.
    Otóż w moim życiu różne “spotkania z Bogiem” i zmiany życiowe się działy, ale wyzwolenie przeżyłam jedno. I mam inaczej niż Żydzi: nie świętuję jego rocznic, by sobie o nim przypomnieć, uobecnić je. Gdybym nie żyła tym wyzwoleniem na co dzień, nie miałabym także czego świętować raz w roku, czy nawet co tydzień.
    Oczywiście wciąż jest w moim życiu szerokie pole do nawrócenia, wiele do zmiany, z pewnymi rzeczami nie daję sobie rady i czekam – na wyzwolenie z nich. Ale zmiany życiowe, które przychodzą, domagają się ode mnie natychmiastowego wcielenia ich, życia nimi, pójścia za nimi. Gdy się w moim życiu pojawia “miniupamiętnianie”, to raczej w chwilach słabnięcia tego, co żywe i aktualne. ;)
    Może też ma tu znaczenie to, że ja nigdy nie znosiłam teatru oraz procesji… i nigdy nie słuchałam muzyki dla zmiany nastroju.
    No i to, co Ryś mówi o Jezusie, że “musiał i nie wyobrażał sobie” :), no sorry. To raczej my, którzy przez 20 wieków odprawiamy liturgię, nie wyobrażamy sobie, by on czegoś nie zrobił. Zauważę też, że po tej ostatniej celebracji Jezus już nigdy niczego nie celebruje. Mnie to pokazuje czasowy i poniekąd katechetyczny charakter liturgii: warto ją odprawiać, dopóki nie wcieli się w życie. Oczywiście Kościół nie może nic takiego głosić, ja rozumiem. Mówię wyłącznie ze swej Anetowej perspektywy. I nie sądzę, by mi się to kiedykolwiek zmieniło, mimo iż są momenty, kiedy od środka siebie rozumiem, dlaczego i po co w Kościele znaki (ostatnio w trakcie przeistoczenia jakoś to do mnie dotarło). Nie wrócę do takiego przeżywania, tak jak nie wrócę do “Aniele Boży, stróżu mój…” ;) i do ubranek dziecięcych.
    Może to okropnie głupio brzmi, jakbym pyszna była okropnie, ale mówię, jak mam, jak przeżywam. Na msze chodzę, z wierności Kościołowi, ale w przeżywaniu mam tak, no.

    aneta.maria
    aneta.maria 2013.04.01 11:15
  • Napiszę jeszcze czemu rozumienie tekstów biblijnych z powodu różnić kulturowych jest dla mnie trudne.

    W Wielką Sobotę dotarły do mnie dwa przekazy:
    -audycja o Julianie Osękowskim – człowiek, ktory w czasie kampanii wrześniowej nie zabił Niemca, ktorego zaskoczył, potem został ocalony przez Ślązaka w armii niemieckiej.
    http://www.radomsko24.pl/m/articles/view/O-czlowieku-ktory-nie-zabil-Niemca
    http://m.opole.gazeta.pl/opole/1,106515,13531076,Pan_Julian__co_pokochal_Slazakow.html

    Takie historie, w których przejawia się solidarność całej ludzkości, nawet na wojnie poruszają mnie. Dlatego trudno zrozumieć, dlaczego Izraelici tak bardzo cieszą się, że zginęło całe wojsko Egipcjan. Może gdyby pod Egipcjan podstawić wrogich kosmitów, którzy chcą zniszczyć Ziemię przekaz byłby mi bliższy,

    -Następnie czytałam wywiad (“zwyczajowa porcja duchowosci dla świekiej inteligencji”) z ks Hellerem.

    O matematyce: “To ją można nazwać programem wszechświata, to ona gwarantuje jego racjonalność i poznawalność. Uważam, że jest jednym z przejawów Absolutu – Boga”. Bardziej niż starożytny tekst mówiący o tworzeniu świata przez Boga (mówi się, że to poezja, więc jest aktualny w każdym czasie. Myślę jednak, że tworzący go kapłani także chcieli wytłumaczyć ludziom świat – jak powstał, dlaczego pada deszcze itp.) porusza mnie gdy ktoś mówi o pięknie współczesnego modelu kosmologicznego, różnych stałych matematycznych itp.

    maarta
    maarta 2013.04.01 15:01
  • @ maarta:

    Dopowiem coś jeszcze. Odkrywamy w świecie poznawalność i racjonalność, faktycznie. Przypisujemy je Bogu. Mamy potrzebę zrozumienia/uchwycenia sensu, wyjaśniania, zapanowania nad nieznanym. Jest ona dominującym przejawem rozwoju na pewnym etapie. Podobnie mamy potrzebę zewnętrznych znaków, “kulturowego przeżywania”, “czerpania” z zewnątrz, z otaczających rzeczy, tekstów, tradycji i wzorców zachowań. W taki też sposób ważna jest liturgia, formuły, gesty, poszczególne okresy. Z perspektywy czasu patrząc są to dla mnie zewnętrzne przejawy tego, co potem dzieje się wewnątrz, w sercu. Dzięki znajomości tych zewnętrznych przejawów łatwiej odczytać później to, co zachodzi w środku, przyjąć to i zrozumieć. Tyle tylko, że te wewnętrzne doświadczenia jako ważniejsze, głębsze sprawiają, iż te zewnętrzne przestają mieć uprzednią wartość. Dlatego one już nie pociągają, bo spełniły swoją rolę. Nie ma sensu do nich wracać (przywiązywać tę samą wagę). Powiedziałabym, że duchowe życie toczy się wewnątrz, a nie przez te zewnętrzne znaki. W środku zachodzi swoiste zmaganie między życiem a śmiercią, między zniewoleniem a wolnością, między lękiem a miłością. I dlatego przyjmujemy zewnętrzne zasady, jak pisze Aneta, “z wierności” Kościołowi. Osobiście również nie chcę/nie wracam do tradycyjnych, zewnętrznych przeżyć, dlatego piszę, że się nie odnajduję. Nie mogę przeżywać na życzenie: raz do roku narodzenie Jezusa w sercu, a drugi raz w roku wyzwolenie. Nie, to tak nie jest. Nie oznacza to jednak, że przy okazji liturgii, świąt, bycia na mszy nie wydarzają mi się (czasem) żywe rzeczy, że nie doznam w parafii (czasem) czegoś żywego. Ale do tego prowadzi mnie serce: by pójść na adorację w danym czasie i w dane miejsce, by podejść do tego konfesjonału. Wtedy wydarza się coś żywego. Stąd piszę, że coś już w tym życiu mi odeszło, a coś nadal zyskuję, jakby w innym wymiarze.

  • Renata Muszyńska napisał(a):

    Mamy potrzebę zrozumienia/uchwycenia sensu, wyjaśniania, zapanowania nad nieznanym. Jest ona dominującym przejawem rozwoju na pewnym etapie. Podobnie mamy potrzebę zewnętrznych znaków, “kulturowego przeżywania”

    Tyle tylko, że te wewnętrzne doświadczenia jako ważniejsze, głębsze sprawiają, iż te zewnętrzne przestają mieć uprzednią wartość. Dlatego one już nie pociągają, bo spełniły swoją rolę. Nie ma sensu do nich wracać (przywiązywać tę samą wagę).

    Rzeczywiście może być coś na kształt tych etapów :) Kiedyś starałam się w odpowiednim czasie wprowadzić w odpowiedni nastrój, zgody z czasem liturgicznym (przez lekturę np.), ale teraz tego nie robię. Staram się bardziej na chłodno analizować znaczenie liturgii.

    maarta
    maarta 2013.04.01 17:57
  • @ Robert Skiba:

    Mycia nóg nie było. Mój proboszcz wyjaśnił, jakie było znaczenie tego symbolu, ale stwierdził, że teraz już nie myjemy nóg przed posiłkiem i nie ma co takich znaków praktykować.

    Przypomniałem sobie tę dyskusję, bo w tym roku kierownik służby liturgicznej w parafii, osoba którą szanuję i o którego wierze wiem, że jest poważna poprosił mnie, abym zasiadł pośród dwunastu do obmycia nóg. A Kościołowi się nie odmawia. Takie osobiste uczestnictwo wyzwala nawał refleksji, które jako teorie same nigdy by nie przyszły do głowy.

    Po namyśle wydaje mi się, że to jednak błąd ze strony tego proboszcza, że wycofał ten znak liturgiczny. Zgoda co do tego, że ten znak przestał być współcześnie czytelny, tak jak był oczywisty w czasach Jezusa. Jeśli takie przekonanie kierowało proboszczem, to mógłby wymyśleć inny, współczesny znak/formę komunikującą tę samą treść, a tak być może zranił kogoś, kto nie ma tak dobrej wiary jak on sam, która obywać się może bez znaków/symboli a może w ogóle liturgii (ja takiej wiary nie mam). Jeśli jednak wszyscy co do jednego jego parafianie mają tak dojrzałą wiarę, że nie potrzebują znaku obmycia nóg, to jednak może tego aktu “podrzędności” potrzebował sam proboszcz, skoro tak łatwo mu przychodzi “odgórne” stawianie swoich parafian przed faktami dokonanymi i zarządzenie skasowania tego znaku, który łączy nas i z poprzednimi pokoleniami, i innymi, współczesnymi nam wspólnotami. Gdyby biskup go ocenił i zwolnił z tego aktu, to co innego, ale jak się domyślam, proboszcz sam ocenił swoją wiarę i uznał, że jest mocny.

    Nawet przyjąwszy, że liturgia jest dziełem człowieka, tradycji ludzkiej nie należy odrzucać bez istotnej przyczyny, a dopiero wtedy, gdy tłumi Ducha. Tak jest z liturgią trydencką, gdzie została zachowana istota, ale przysypana popiołem ludzkich “wynalazków”. Myślę, że takie spontaniczne zachowania, którym dobrych intencji nie odmawiam paradoksalnie utrudniają Franciszkowi zmiany.

    Pojednawczo dodam, że w parafii po raz pierwszy od lat nie było aranżacji wnętrza dokładnie tak, jak zrobił to francuski proboszcz – stół/ołtarz wysunięty na środek kościoła i krzesła ustawione w szeregu rzędów wokół niego. Nie było to możliwe z prozaicznej przyczyny. Proboszcz bezrefleksyjnie zastąpił krzesła ciężkimi ławami przytwierdzonymi do posadzki. Zirytowało to zwłaszcza moją żonę, bo rzeczywiście, znowu się okazuje, że człowiek jest dla szabatu, że sprawy drugorzędne ograniczają Ducha. To jest właśnie przykład ludzkiego wynalazku, z których należy oczyszczać Kościół.

    Na tym kończę, ale musiałem gdzieś “wyparować” swoje emocje.

    Korzystając z okazji polecam rozważania Drogi Krzyżowej po ulicach Warszawy. Ze trzy lata temu większość uczestników dyskusji wyrażała swój dystans do tej formy pobożności. Popróbujcie tego – autorami rozważań są Anna i Marek Zającowie. Brzmią one inaczej, niż tradycyjne rozważania pisane przez duchownych. Marek Zając jest dziennikarzem Tygodnika Powszechnego – nie jest to mój ulubiony wzór “otwartości” w Kościele, ale nie odmówię im tej zasługi, jaką jest tekst rozważań. Oby takiego wkładu było z ich strony więcej.
    http://archidiecezja.warszawa.pl/droga-krzyzowa-malych-krokow/

    Dobrej Paschy,

    klaio
    klaio 2015.04.04 15:16

Add Comment Register



Napisz komentarz